Czekośliwka na dwa sposoby

czekośliwka

Ten pyszny dżem śliwkowy z dodatkiem czekolady obiecywałam sobie zrobić od kilku lat, ale inne zajęcia mi na to nie pozwalały. Dopiero w tym roku, gdy moje drzewo w ogrodzie uginało się od śliwek, prócz zwykłego dżemu, takiego, jak rok temu powstała też czekośliwka. To nie są węgierki, bo tych miałam niewiele, tylko letnie, pyszne i bardzo słodkie śliwki dojrzewające pod koniec lipca. Tak wyglądała pojedyncza gałązka a było ich wiele :

Najlepsze powidła i dżemy są z późnych węgierek, bo są najsłodsze i niewiele cukru trzeba do nich dodawać. Ja do swoich też nie dodawałam dużo, ale w pewnym momencie przesadziłam i dlatego druga wersja czekośliwki jest tylko z dodatkiem kakao, takiego jak do wypieków. Nam nawet bardziej smakowała, ale zacznę od tej tradycyjnej .

CZEKOŚLIWKA

  • 2 kg śliwek
  • ok. 1/2 kg cukru
  • ok. 1/3 szklanki wody
  • 30 dkg gorzkiej czekolady albo 30 g kakao
  • łyżeczka-dwie cynamonu

Czekośliwkę zaczęłam robić tak, jak każdy tradycyjny dżem, czyli od rozgotowania owoców z niedużą ilością wody i ich odparowania. Oczywiście najpierw pozbawiłam śliwki pestek , dzieląc je na połówki, bo tak się wygodniej gotuje. Gdy masa śliwkowa zgęstniała , dosypałam cukier i po wymieszaniu gotowałam na niedużym ogniu często mieszając . Gdy dzem odparował ponownie, wsypałam podzieloną na kwałki czekoladę, rozgotowałam i odparowałam jeszcze trochę ponownie, dodając cynamon do smaku. Jak czekośliwka wylana na zimny talerzyk nie rozlewa się naokoło, jest gotowa.

Druga partię robiłam kilka dni później, gdy śliwki były jeszcze bardziej dojrzałe i słodkie. To do tej części dodałam samo kakao ( i też cynamon), bo dżem był bardzo słodki. Przyznam, że nam też bardzo smakowała, może nawet ciekawiej, niż ta z czekoladą.

Po włożeniu do słoików na gorąco , zakręciłam je , postawiłam do góry nogami i przykryłam ręcznikiem. Niestety dwa słoiki się nie zamknęły i poszły od razu do deserów, na grzanki i na kanapki . Następnym razem lepiej je zapasteryzuję w garnku, jak dżem.

Smacznego !

Spotkanie Ludzi Myślących Sopot 2019 -relacja

zdjęcie zbiorowe z gośćmi specjalnymi -fot. Paweł Lęcki

O Spotkaniu Ludzi Myślących w Sopocie słyszałam od kilku blogowych znajomych. Chwalili jego niezwykłą, twórczą atmosferę i to zachęciło mnie, by w tym roku tam pojechać. Organizuje je Instytut Zdrowego Rozsądku, w tym osoby, które przedtem pracowały przy Blog Forum Gdańsk i przyznam, że znalazłam tam atmosferę pierwszego spotkania, w 2010 roku, kiedy blogsfera zaczynała się rozwijać i dyskutowano o roli blogera i jego misji. Od tamtego wydarzenia minęło sporo czasu, zarówno blogosfera jak i Internet sporo się zmieniły. Dlatego tematem najważniejszym teraz był problem coraz częstszego hejtu, fake newsów , braku porozumienia między ludźmi i co możemy zrobić, by to zmienić.

organizatorzy – Kuba Kaługa, Ida Mokwa- Kaługa i Marta Szadowiak

Zaczęła Marta Klimowicz, socjolożka internetu i nie było to rozpoczęcie optymistyczne. O tym, jak zatruty jest Internet przekonujemy się obserwując fale hejtu i kłótnie nie tylko na Facebooku i twitterze, manipulacje fake newsami. Poza tym anonimowość w komentarzach pod wiadomościami daje ludziom poczucie bezkarności i wywołuje pokłady nienawiści. Najczęściej żródłem tych zachować jest bezmyślność. Gdy zastanawialiśmy się nad remedium pojawił się temat edukacji i coraz gorszego jej poziomu. Nie zdążyłam zabrać głosu w dyskusji, więc napiszę tutaj – każdy, kto ma dzieci nie powinien liczyć tylko na edukację szkolną i to, że ukształtuje ona młodego człowieka. Takich rzeczy , jak logiczne myślenie, uważność, empatia , szacunek dla innych – musimy nauczyć dzieci w domu i to już od początku. Dla dzieci trzeba znaleźć czas, rozmawiac z nimi , słuchać tego co mówią, odpowiadać na pytania, pozwalać na kreatywne zabawy , mimo, że jest przy tym bałagan, dawać przykład samemu- choćby czytając książki. Nie piszę tego sobie a muzom, wypraktykowałam to z powodzeniem na trójce swoich dzieci.

Nie zdążyłam też dodać, że ja sama jestem przykładem pozytywnego działania Internetu. Od czasu gdy młodsza córka założyła mi bloga ( ponad 11 lat temu) moje życie zmieniło się o 180 Stopni. Poznałam wielu wspaniałych ludzi, nawiązałam przyjaźnie, zaczęłam jeżdzić na różne spotkania i wydarzenia . Odzyskałam pewność siebie.

przerwa na kawę, Teatr na Plaży, fot. Paweł Lęcki

O tym , jak otwierać głowy i przełamywać utarte schematy przekonaliśmy się podczas warsztatów kreatywnych z Przemkiem Staroniem ( nauczyciel roku 2018) i Jędrkiem Sołowijem. Podzieleni na grupy zrobiliśmy burzę mózgów wymyślając podczas 15 minut 100 pomysłów na to, jak zmusić ludzi do myślenia . Zadanie miało nam uzmysłowić, co czujemy podczas takiej pracy. Ja czułam się w żywiole działając bez ograniczeń, grupa przyjęła moją sugestię by nie liczyć pomysłów, bo szkoda na to czasu i w rezultacie mieliśmy ich chyba najwięcej. O tym, jak sie te pomysły weryfikuje dowiedzieliśmy się poznając metodę kapeluszy de Bono.

Jak wiele złego stało się od poprzedniego roku mieliśmy okazję przekonać się podczas rozmowy z gośćmi specjalnymi, prezydentami Gdańska i Sopotu ( na pierwszym zdjęciu) . Spotkanie miało tytuł : jak być lustrem, gdy się jest celem . Pani Aleksandra Dulkiewicz opowiadała o tym ile hejtu spotykało jej poprzednika i jak mawiał „to się źle skończy”. Niestety skończyło się tragicznie a i jego następczyni ma niełatwe zadanie. Powiedziała, że czasem zbywa niedorzeczne zarzuty śmiechem lecz siła rażenia niektórych przytłacza ją niemalże fizycznie. Trudno jest pełnić swoje obowiązki pod taką presją, ale oboje starają się i mimo wszystko nieźle dają sobie radę. W Sopocie byłam ostatnio z 10 lat temu, sporo się zmieniło.

O tym, czy za przyczyną internetu trafiamy znów do językowej jaskini opowiadała autorka bloga Mówiąc inaczej , Paulina Mikuła. Jej zdaniem nie jest tak źle, wprawdzie operujemy często skrótowcami i zwrotemi angielskimi, ale tymi ostatnimi inaczej. Nie są one jak dawniej prostymi zapożyczeniami, ale ewoluują i wzbogacają język. Staje się on bardziej plastyczny i dostosowany do epoki, jednak warto pamiętać o jego bogactwie i poprawności. Używanie zdań wielokrotnie złożonych moze być przyjemnością i przywilejem, mimo, że przy wpisie na blogu wyświetla się kiepski współczynnik czytelności i uwagi, że zdania są za długie… Jak widać, jestem tego samego zdania 😉

Na zdjęciu powyżej widać kawę w kubku termicznym – organizatorzy poprosili by zabrać je i bidony do wody ( w Sopocie spokojnie mozna pić kranówkę). Obik stoi moje ciasto, które tradycyjnie ze sobą zabrałam i poczęstowałam nim starych i nowych znajomych. Poza tym obiady, które dostaliśmy były wegańskie i w ekologicznych opakowaniach. Jak widać, ludzie myślący dbają o naturalne środowisko :

Jedną z fantastycznych osób, które poznałam była autorka fanpage Miluju i majuju – Vitia, która w doskonały sposób ilustrowała to, co się działo na scenie i widowni :

Następny dzień rozpczął się prelekcją i dyskusją z Jolą Szymańską o tym, czy Internet ma być czarno-biały, na przykładzie zdroworozsądkowego podejścia do katolicyzmu. Oto, jak zilustrowała to Vitia :

Potem były kolejne warsztaty kreatywne, na temat fake newsów i sposobów ich rozpoznawania. Prowadził je przedstawiciel Wojowników Klawiatury, mający wprawę w weryfikowaniu i wyjaśnianiu nieprawdziwych wiadomości. Najpierw rozróżnialiśmy prawdziwe i fałszywe wiadomości , potem ćwiczyliśmy w grupach konstruowanie tych drugich, by dowiedziweć się, jak łatwo jest manipulować. Przy dyskusji o tym, w jaki sposób je rozpoznawać po raz kolejny padło słowo : Myśleć – i weryfikować w kilku wiarygodnych źródłach . Niestety tych jest coraz mniej, a sprawa jest ważna. Dezinformacja wpłynęła juz na niejeden wynik wyborów, a i w obecnej kampanii politycy powołują się na fake newsy, które czasem i po weryfikacji żyją własnym życiem…

Kolejnym gościem specjalnym była p. Elżbieta Tatarkiewicz- Skrzyńska, 95-letnia pełna wigoru i ciekawa życia osoba, bratanica prof. W Tatarkiewicza , uczestniczka Powstania Warszawskiego. Rozmawiała z nią Basia Grabowska.

Pani Ela opowiadała o tym, jak dawniej ludzie radzili sobie w trudnych sytuacjach. Wojna przerwała jej naukę, więc najważniejsze dla niej było tajne nauczanie, by zdać maturę i zdobyć edukację. Dopiero później dołączyła do konspiracji i przeszła szkolenie łączniczki i sanitariuszki. Cechy, wyrobione w sobie wtedy – odpowiedzialność, punktualność, wtażliwość na drugiego człowieka pozostały jej do dziś. Pięknie powiedziała o tym, że patriotyzm jest różny w zależności od sytuacji – to nie tylko walka czy uczestnictwo w ważnych dziejowych przemianach, ale też edukacja, praca czy troska o drugiego człowieka. Zapis rozmowy można odsłuchać tutaj . Najstarszej prelegentce z dużym zaciekawieniem przysłuchiwała się najmłodsza uczestniczka – 7-letnia Marysia, która przyjechała z Supertatą .

Po tym spotkaniu przyszedł czas na podsumowującą dyskusję. Zadaliśmy sobie trudne pytanie – co możemy zrobić, by sprzeciwić się złu opanowującemu Internet i skierować go na dobre tory. Zadanie niełatwe i większość pewnie powie – co ja mogę, co my możemy. Jak powiemy, że nic się nie da, to nic się nie zmieni. Każdy z nas, mający jakąś przestrzeń w sieci może coś zrobić. Nawet ja, prowadząc blog kulinarny ( bo, mimo, że sporo piszę relacji, przepisy nadal tu dominują) . I tu wrócę do pierwszego Blog Forum Gdańsk – gdy zastanawiałam się, czy blogując mam jakąś misję , odkryłam , że tak : podając przepisy i okoliczności ich powstania zachęcam innych, by ugotowali cos dobrego, zebrali się razem przy stole i zaczęli rozmawiać. Może najpierw o jedzeniu a potem o życiu. Przy dobrym jedzeniu przyjemniej się rozmawia a w sytuacjach patowych można skierować uwagę na to, co jest na stole i zmnienić temat.

Ważne jest też, by wysłuchac zdania i argumentów osób, które mają inne poglądy. Nie dzielić na my i oni, starać się znaleźć punkty wspólne i pozytywy, od tego zacząć rozmowę. I przede wszystkim dawać przykład własnym zachowaniem. Drobne gesty i działania to kropla drążąca skałę , z kropel składa się ożywczy deszcz niosący zmiany.

przesłanie – autor Vitia maluje

Pesto z rucoli ze słonecznikiem i oscypkiem

pesto z rucoli

Rucolę posadziłam na grządce koło domu dwa lata temu i rozrosła mi się obficie przez ten czas. Wykorzystuję ją do różnych sałatek, wzbogacając ich smak tymi pikantnymi listkami. Stanowi ciekawy kontrast dla łagodnych warzyw a nawet owoców i zwykłych sałat – masłowej czy strzępiastej. Jest jej jednak tyle, że postanowiłam zrobić z niej bazę do pesto , dodając dla urozmaicenia nieco bazylii i natki pietruszki. Zamiast orzeszków wystarczyły pestki słonecznika, o dość neutralnym smaku , niwelując ostrość listków . Pesto z rucoli wzbogaciłam kawałkiem oscypka przywiezionego z wakacji w górach , czosnkiem i oliwą z aromatem suszonych pomidorów – taką zrobioną samodzielnie, jedną z naszych domowych oliw smakowych ( mam też czosnkową i z chili).

PESTO Z RUCOLI ZE SŁONECZNIKIEM I OSCYPKIEM

  • pół szklanki liści rucoli
  • ćwierć szklanki listków bazylii
  • ćwierć szklanki natki pietruszki
  • duży ząbek czosnku
  • dwie łyżki oliwy
  • łyżka pokrojonego wędzonego oscypka
  • dwie łyżki pestek słonecznika
  • szczypta soli i pieprzu
  • opcjonalnie – łyżka wody
pesto z rucoli i słonecznika

Rucolę, bazylię i natkę pietruszki umyłam , zostawiając w nich nieco wody, by łatwiej połączyły się z resztą składników. Włożyłam do blendera dosypując pestki słonecznika. Obrany czosnek i oscypek pokroiłam, by blender łatwiej ze wszystkim sobie poradził. Jeśli ma problemy, by ruszyć z mieleniem, dodajemy troszkę wody. Miksujemy wszystko na gładką masę.

Pesto podałam z makaronem – były to świderki trzykolorowe, z dodatkiem szpinaku i pomidorów. Bardzo dobrze do niego pasowało, a reszta zjedzona na kanapkach z serem też ciekawie smakowała. Pesto z rucoli ma intensywniejszy smak, niż robione z innych ziół. Mam tej rucoli sporo na grządce i do sałatek jej całej nie zagospodaruję, postanowiłam ją zamrozić i cieszyć się smakiem pysznego pesto też zimą. I wcale nie będę rozczarowana jak w pudełku po lodach w zamrażalniku zamiast słodkiego deseru znajdę zielone listki 🙂

P.S. Te żółte kwiatki na zdjęciach , to właśnie kwitnąca rucola. Pewnie mi się jeszcze rozsieje i w przyszłym roku będę jej miała jeszcze więcej.

Smacznego !

Szarlotka na koncert Korteza w Gorzowie

koncert Korteza w Gorzowie

Letnia trasa Korteza skończyła się już dawno, za to niedługo rusza nowa, jesienna i warto wrócić do wspomnień, zanim się zacznie. Holliday tour obejmował przede wszystkim miejsca plenerowe , w tym amfiteatry i najbliżej miejsca gdzie mieszkam był ten w Gorzowie Wielkopolskim, więc tam się wybrałam.

W ogrodzie sypały mi się wtedy jabłka, papierówki, dlatego ciastem dla Korteza nawiązującym do wakacyjnej trasy została szarlotka, z rodzinnego przepisu :

Na koncert Korteza w Gorzowie wybrałam się razem z nowo poznaną fanką, Magdą, która zabrała mnie autem z Poznania. Droga minęła nam szybko na rozmowach o fenomenie naszego ulubionego artysty i jego muzyce.

Przy przekazywaniu ciasta udało mi się trochę porozmawiać z Kortezem, wtedy właśnie usłyszałam o planowanej jesiennej trasie i o nowych utworach, nad którymi Kortez sukcesywnie pracuje. Koncert rozpoczęła jedna z nowości , Chodź na chwilę, pasująca klimatem do dotychczasowej twórczości atrysty.

Pierwszy raz słuchałam Korteza w amfiteatrze i muszę przyznać, że muzyka niosła się pięknie . Nawet zazdrościłam fanom, którzy byli na koncertach plenerowych nad wodą , tam na pewno ten efekt był jeszcze ciekawszy. Kortez, mimo kontuzji ręki wokalnie był w doskonałej formie, a pomoc Roberta vel Miśka na fortepianie pokazała jego możliwości i ubarwiła muzycznie spektakl. Siedziałam dość wysoko, co pozwoliło mi dobrze wszystko słyszeć i skupić się na muzyce. Mimo, że z nowych utworów była tylko początkowa „Chodż na chwilę” i letni debiut na LP 3 ” Doskonały dzień”, to wysłuchanie dobrze znanych utworów w scenerii i dobrej akustyce amfiteatru było wielką przyjemnością i jak zwykle poddałam się wzruszeniom… O dodatkowy nastrój postarał się pięknie świecący księżyc 🙂

Po koncercie wraz z nowo poznaną koleżanką dość długo zbierałyśmy się spod amfiteatru, wymieniając wrażenia – trudno nam było ochłonąć. Gdy juz się zbierałyśmy do wyjścia, usłyszałyśmy wybuch entuzjazmu przy wyjściu, okazało się, że Kortez wyszedł na chwilę do garstki oczekujących fanów. Poszłyśmy i my porozmawiać chwilę , nawet zrobiłam sobie pamiątkowe selfie z Magdą , dośc nieudolne , bo nie umiem, ale plenerowy koncert i spotkanie zostało uwiecznione. Był to mój 20-ty koncert i akcja z ciastem dla Korteza.

Do zobaczenia na jesiennej trasie 🙂

Figa z makiem, miodem i twarogiem

Figa z makiem

Ten deser to żart z popularnego powiedzenia. Lubię takie wyzwania, materializowanie w kulinarny sposób utartych powiedzeń lub żartów. Wprawdzie figa z makiem brała kiedyś udział w warsztatch kulinarnych jako konfitura ( bardzo mi smakowała) , robiłam też już kiedyś deser na bazie fig i prażonego maku , ale tym razem pomysł jest nieco inny. Jest figa z makiem, ale też kilka dodatkowych komponentów, które pozwoliły stworzyć smakowity deser. Nie łamałam mocno smaków, dając słony ser ( ostatnio na blogach i Instagramie jest sporo wersji figi z fetą), wykorzystałam pyszny, domowy wiejski twaróg, który daje się doskonale kroić w plastry. Dodałam do niego łyżeczkę miodu , posypałam orzechami i prażonym makiem, który ma ciekawy, podkręcony smak i fajnie uzupełnia dodatki do figi.

FIGA Z MAKIEM , MIODEM I TWAROGIEM

  • Świeże figi
  • po plastrze dobrego twarogu na figę
  • po łyżeczce miodu
  • posiekane orzechy włoskie
  • prażony mak do posypania

Najpierw prażymy mak – rozgrzewamy suchą patelnię , wsypujemy cienką warstwą mak i podgrzewamy lekko mieszając , aż mak nabierze lekko orzechowego smaku. Trzeba uważać, żeby nie prażyc maku za długo, bo przypalony popsuje cały smak. Studzimy. Taki prażony mak jadląm po raz pierwszy na warsztatach serowych i od tego czasu często go robię.

Figę rozkrawamy na krzyż , w środek wkładamy kawałki twarogu. Możemy też włożyć na przykład łyżkę ricotty albo mascarpone, Dodajemy miód, mój był już zastygły, więc się nie rozlał na boki. Posypujemy po wierzchu posiekanymi orzechami ( włoskie najlepiej do fig pasują) i na koniec uzupełniamy nasz smaczny żart prażonym makiem.

Fajnie jest zaskoczyć Rodzinkę lub gości i na pytanie : co jest na deser ? odpowiedzieć : figa z makiem. Gdy już wszyscy zrobią zawiedzione miny, wtedy wjeżdżamy z naszymi owocami, wzbogaconymi za pomocą kilku prostych skladników. Pyszny deser gotowy a humory na pewno dopiszą . Słodka figa, dobry, tłusty twaróg dosmaczony miodem i chrupiąca posypka z prażonego maku -mniam 🙂

Smacznego !

Gulasz puszczański z trawą żubrową

gulasz puszczański

Wygrałam kiedyś w konkursie kulinarnym zestaw ziół z okolic Białowieży, którego bazą była trawa żubrowa. Zapach był bardzo ciekawy a i zestaw smaków , wzbogacony tymiankiem i lubczykiem ciekawie się zapowiadał. Postanowiłam wykorzystać ten zestaw do przygotowania gulaszu puszczańskiego , dodając z braku leśnych grzybów brązowe, aromatyczne pieczarki i plasterki marchewki. Miałam akurat ładny kawałek mięsa od szynki i ono zostało przyprawione zestawem puszczańskich przypraw. Do podlania wykorzystałam czerwone wytrawne wino, które ładnie współgrało ze smakiem trawy żubrowej i bulion .

GULASZ PUSZCZAŃSKI

  • Ok. 60 dkg mięsa od szynki
  • duża cebula
  • ok. 30 dkg brązowych pieczarek
  • 2 marchewki
  • sól, pieprz
  • łyżka przyprawy ziołowej na bazie trawy żubrowej
  • 2 liście laurowe, kilka kulek ziela angielskiego
  • pół szklanki czerwonego wytrawnego wina
  • szklanka bulionu
  • olej do smażenia i trochę masła

Mięso kroimy na kawałki, przyprawiamy solą, pieprzem i przyprawą puszczańską . Podsmażany na patelni na rozgrzanym oleju razem z pokrojoną na piórka cebulą. Zgarniamy na bok patelni, dodajemy kilka wiórków masła i smażymy partiami grube plasterki pieczarek, na złoto. Potem dusimy wszystko razem, dodając pokrojone marchewki. Podlewamy czerwonym winem , po odparowaniu dolewamy po trochu bulionu i dusimy po pokrywką do miękkości, mieszając co jakiś czas i pilnując, by się nie przypaliło.

Podajemy najlepiej z ziemniakami albo z dobrą kaszą, orkiszowa będzie tu na pewno ciekawym dodatkiem.

Gulasz puszczański wyszedł bardzo ciekawy, w sezonie warto go zrobić ze swieżymi, leśnymi grzybami.

Smacznego !

Jabłkowy sernik na zimno

jabłkowy sernik na zimno

W tym roku miałam mniej papierówek niż zwykle, ale też więcej, niż się spodziewałam. Co drugi rok mam wysyp, a między nimi różnie bywa. W tym roku jedno z dwóch moich drzew kwitło akurat wtedy, gdy było ciepło i latały owady , które zapylały i z jednej strony drzewa jabłek było dość sporo. W czasie upałów robiłam z nich kompoty i soki, z dodatkiem mięty. Zostały docenione przez kolejnych gości, soki z papierówek o smaku wzbogaconym miętą doskonale orzeźwiają. Wykorzystywałam jabłka też do koktajli, surówek, sałatek owocowych , kilka razy zrobiłam nasze kultowe kluski z jabłkami ( obowiązkowo na przyjazd dzieci) . Mus jabłkowy wykorzystałam do pieczonych szarlotek ( jedną z nich zawiozłam na koncert , kto mnie zna, wie dla kogo) , a na przyjazd syna , amatora zimnych serniczków , specjalną wersję, jabłkowy sernik na zimno, z musem zatopionym w galaretce.

JABŁKOWY SERNIK NA ZIMNO

  • duży kubek słodkiego musu jabłkowego
  • 2 galaretki agrestowe ( cytrynowe też mogą być)
  • duży jogurt naturalny ( 400 g)
  • serek waniliowy ( 150 g)
  • dwie gałązki mięty
  • pół szklanki soku jabłkowego
  • dwie łyżeczki żelatyny
  • spora szczypta cynamonu

Jedną galartekę wraz z łyżeczką żelatyny rozpuściłam w połowie porcji zalecanej wody, z tym, że jej część zastąpiłam sokiem jabłkowym. Nie jest to konieczne, ale wzmacnia jabłkowy smak, co przy papierówkach daje smakowity efekt. Zrobiłam to tak : wsypałam galaretkę do miski, wymieszałam z łyżeczką żelatyny, zalałam wrzątkiem ( pół szklanki) i intensywnie mieszałam, dodając po chwili ciepły sok jabłkowy, by wszystko dokładnie się rozpuściło. Wrzuciłam gałązkę mięty, przykryłam, by naciągnęło smakiem i zapachem. Studziłam mieszając co jakiś czas, gdy przestygło, dodałam mus jabłkowy, szczyptę cynamonu i wymieszałam dokładnie. Włożyłam do pojemnika i wstawiłam do lodówki.

Potem rozpuściłam drugą galaretkę z łyżeczką żelatyny, w szklance gorącej wody . Po wymieszaniu dorzuciłam drugą gałązkę mięty . Gdy oddała swój smak, mieszałam ponownie , aż wystygło. Do zimnej , rozpuszczonej galaretki dodałam jogurt i serek waniliowy, rozbiłam lekko trzepaczką – rózgą , aż powstałam gładka masa. Wylałam ją na zastudzony jabłkowy spód i ponownie wstawiłam do lodówki. Trochę z tym zabawy, ale jakiej przyjemnej – nieco więcej, niż przy prostszej wersji . Efekt wart jest tej pracy. Serniczek zastyga dośc szybko, po dwóch godzinach w lodówce daje się już pokroić, ale najlepiej jest przygotowac go na noc , wtedy krojony rano na pewno będzie trzymał odpowiedni „fason”.

To deser doskonały na lato, jabłkowy sernik na zimno z posmakiem mięty jest bardzo orzeźwiający. Rzadko kto poprzestaje na jednym kawałku, chyba, że ukroi sobie od razu pokaźny, jak to zrobił mój syn 🙂 Z letnich jabłek , papierówek jest najlepszy, ale można też zrobić z innych i cieszyć się nim też w gorące dni późnego lata i wczesnej jesieni, albo zrobić też na wiosnę, gdy przyjdą pierwsze gorące dni. Ja na tekie potrzeby robię właśnie mus z papierówek do słoików.

Smacznego !

Cukinia kiszona w mieszance warzywnej z owocami

cukinia kiszona w mieszance warzywnej

Od kilku lat eksperymentuję z kiszonkami , najchętniej wykorzystuję do kiszenia to, co mam w ogrodzie. Oprócz kiszonek jednorodnych robię mieszanki, czasami przełamując smak warzyw owocami. Kiszona cukinia w mieszance warzywnej, z dodatkiem papryki i ogórków, papierówki i kilku śliwek to mój nowy eksperyment. Owoce kisiłam już same z aromatycznymi dodatkami ( papierówki, śliwki) , w takich mieszankach z warzywami też się super sprawdzają. Same przechodzą smakiem warzyw a im z kolei dodają trochę słodyczy, łamiąc słono-kwaśne smaki. W tej kiszonce tylko papryka jest kupiona, reszta warzyw i owoce są z mojego ogrodu. Pierwszy raz robiłam kiszoną cukinię z dodatkiem owoców.

Cukinia kiszona w mieszance warzywnej

  • młoda cukinia
  • 1-2 papierówki
  • czerwona papryka
  • ogórki, mogą być większe
  • 2-3 śliwki
  • ząbek czosnku
  • po 2 liście wiśni i czarnej porzeczki, liść winogrona
  • kwiat kopru i opcjonalnie pietruszki
  • zalewa – litr wrzącej wody, łyżka soli

Cukinię pokroiłam na grube plastry, ogórka, który nieźle wyrósł – też. Jabłko podzieliłam na ćwiartki i pozbawiłam gniazd nasiennych, by było gotowe do zjedzienia, samodzielnie czy w sałatce. Paprykę bez gniazd nasiennych pokroiłam w paski . Wszystko to, wraz z całymi śliwkami poukładałam ciasno w słoiku , przekładając przyprawami. Mam w tym roku dwuletnią pietruszkę , która kwitnie i jej kwiaty, obok kwiatów kopru dodaję do kiszonek. Dwa liście – porzeczki i wiśni zostawiam na wierzch i przykrywam nimi warzywa i owoce po zalaniu , tuż przed zakręceniem. Tak, na wszelki wypadek, by składniki kiszonki , które mogłyby wystawać z wody nie spowodowały zepsucia. Mieszankę do kiszenia zalewam gorącą, dopiero co zagotowaną solanką ( łyżka soli na litr wody) , lejąc ostrożnie po warzywach, tak, by słoiki nie popękały. Kiszonki przez kilka dni trzymam na widoku, na kuchennym blacie, by widzieć, czy nie wycieka z nich woda . Jak zmienią kolor to albo zajadam na bieżąco, albo chowam w chłodne miejsce ( ja-do piwnicy, a te, które będą używane niedługo , na szafkę w przewiewnym przedpokoju). Cukinia kiszona w mieszance warzywnej to nowość, więc spróbowałam jej tydzień po nastawieniu, bo byłam ciekawa smaku. Zarówno warzywa jak i owoce były jędrne , śliwki może nieco mniej, ale były już dojrzałe. Smak ciekawy, owoce złapały smak warzyw a one same nieco złagodniały , dzięki słodyczy owoców. Cukinia w tej mieszance super smakuje i zachowuje jędrność.

Smacznego !

Orzeźwiający koktajl z papierówek i ogórka z miętą

orzeźwiający koktajl z papierówek i ogórka

W tym roku myślałam, że podobnie, jak dwa late temu, papierówek nie spróbuję, bo ich nie będzie na drzewach. Okazało się, że jedno z dwóch drzew zaowocowało całkiem nieźle, a i na drugim trochę jabłek też dojrzało. Cieszyłam się więc ulubionymi letnimi jabłkami w odpowiedni sposób, nie matrwiąc się, co zrobić z ich nadmiarem – tak jak jest w latach „wysypu”. Gotowałam z nich na bieżąco kompoty, soki i musy, robiłam ciasta z ich dodatkiem, na przyjazd dzieci ugotowałam nasze słynne kluski z jabłkami. Teraz, kiedy są już dojrzałe i kremowe ( i niestety mniej soczyste z powodu suszy) , robię z nich też orzeźwiające koktajle. Do papierówek mięta pasuje jak mało do czego, więc jej dodatek był oczywisty. Do koktajlu dodałam ogórka prosto z grządki , soczystego i orzeźwiającego, słodkiego prawie jak melon. Dosłodziłam tylko odrobiną miodu i wyszedł przepyszny, orzeźwiający koktajl, doskonały na upały.

ORZEŹWIAJĄCY KOKTAJL Z PAPIERÓWEK I OGÓRKA

  • 3-4 dojrzałe papierówki lub inne letnie jabłka
  • duży zielony ogórek, wyrośnięty
  • szklanka wody
  • 2 gałązki mięty
  • kilka listków melisy
  • łyżeczka miodu lub brązowego cukru
  • opcjonalnie – kilka kostek lodu

Jabłka kroimy na kawałki, odrzucając gniazda nasienne. Ogórek obieramy , kroimy na kawałki. Wrzucamy wszystko do blendera , przekładając listkami mięty i melisy. Na koniec dodajemy miód lub cukier, wlewamy wodę i ewentualnie dodajemy lód. Miksujemy wszystko na gładką masę .

Polączenie jabłka z miętą zawsze daje orzeźwienie a ogórek jeszcze je wzmacnia. Koktajl jest pyszny, możemy sobie go wypić w czasie upałów na przykład na drugie śniadanie lub podwieczorek .

Smacznego !

Surówka z cukinii i ogórków

surówka z cukinii i ogórków

Młode cukinie są bardzo delikatne i doskonale nadają się do jedzenia na surowo, po odpowiednim zamarynowaniu. Mam taką swoją ulubioną sałatkę z zielonych ogórków, którą jadam na świeżo lub zapasteryzowaną na zimę i pomyślałam, że dodatek cukinii ciekawie ją urozmaici. Teraz wracają upały , więc surówka z cukinii i ogórków do grilla czy obiadu bardzo się przyda. Do klasycznego przepisu dodałam nieco mięty i pieprz cytrynowy, co dodało jej świeżości i wzmocniło orzeźwiający smak. Cukinię trzeba pokroić na cieniutkie plasterki i najpierw nasolić , najlepiej razem z ogórkiem- kiedy warzywa puszczą wodę, łatwiej wchłoną przyprawy .

SURÓWKA Z CUKINII I OGÓRKÓW

  • młoda cukinia
  • 2 zielone ogórki
  • mała młoda cebula
  • sól, łyżeczka cukru
  • pół łyżeczki pieprzu cytrynowego
  • 3 łyżki octu jabłkowego ( miałam domowy)
  • 3 łyżki oleju neutralnego w smaku
  • 2 łyżki natki pietruszki
  • 2 łyżki posiekanego koperku
  • kilka listków świeżej mięty

Obrane cukinie i ogórki kroimy na cienkie plasterki , przesypujemy solą ( około łyżeczki). Po 15 minutach odciskamy z wody i dodajemy cienko pokrojoną na półplasterki cebulę. Dosypujemy cukier i pieprz cytrynowy, mieszamy z octem i olejem. Dodajemy posiekaną natkę pietruszki, koperek i porwane na drobne kawałki listki mięty. Wstawiamy do lodówki co najmniej na 15 minut , by smaki się „przegryzły” . Surówkę można przechowywać w lodówce w słoiku przez kilka dni. Najlepiej smakuje zimna, można ją dojadać do dań z grilla jak i też do obiadu. Pokrojone na plasterki warzywa nadają się też jako dodatek do kanapek. Ja w sezonie gdy są papierówki, dorzucam do niej czasem trochę jabłek pokrojonych na plasterki podobnego rozmiaru , dodają fajny element chrupiący do miękkich warzyw. Neutralna cukinia w takiej surówce przejmuje smak ogórka i dodatków, wszystko razem tworzy interesujący, letni smak.

Surówkę można zapasteryzować w słoikach na zimę, tak jak podobną z ogórków.

Smacznego !