Archiwa kategorii: Relacje

Kulinarne atrakcje nad Kanałem Elbląskim

Krasin, Bistro Ślimaka nad Kanałem Elbląskim

Kilka tygodni temu miałam okazję odbyć kulinarną podróż w okolice Kanału Elbląskiego. Kusiło mnie by tam pojechać już od dawna, bo wiele słyszałam o niezwykłym miejscu , Ekofarmie „Snails Garden” gdzie hoduje się ślimaki śródziemnomorskie i podaje potrawy z nich na wiele sposobów. Jakiś czas temu, podczas podróży do Alzacji poznałam też właścicieli Zajazdu pod Kłobukiem , gdzie po rewolucjach Magdy Gessler gości nie brakuje. Obydwa te miejsca są nad Kanałem Elbląskim, który słynie z licznych pochylni , gdzie łódki płyną „po trawie” między poszczególnymi fragmentami wody .

nad Kanałem Elbląskim, pochylnia Jelonki

W podróż udałam się wraz z Piotrem , autorem bloga Najsmaczniejszy Blog Kulinarny, który jechał w rodzinne strony. Zwykle jeździł utartą trasą a dzięki wspólnej podróży zobaczył miejsca dawno nie widziane lub takie, które od dawna planował odwiedzić. Przy pochylni Jelonki zatrzymaliśmy się po drodze do Krasina, do ślimaczej fermy. Trafiliśmy na łódki wspinające się po pochylni i …przedsiębiorczego ich właściciela, który chciał od razu nas podwieźć tam autem i dołączyć do wycieczki. Z powodu braku czasu odłożyliśmy to na inną okazję, ale ulotkę zabrałam 🙂

Ekofarma Snails Garden

Do Krasina, ślimaczego imperium dotarliśmy po deszczu i szczęśliwie po …odjeździe dwóch wycieczkowych autobusów , w związku z czym mogliśmy od razu spróbować ślimaczych przysmaków w Bistro Ślimaka. Na pierwszy ogień poszła hiszpańska zupa rybna ze ślimakami i pyszne pierogi pasłęckie , z mięsem ślimaków i boczkiem.

dania w Bistro Ślimaka


Zupa była lekko pikantna , pełna rybich i warzywnych smaków a pierogi… bajka. Są smacznejsze, niż te, które dotychczas najbardzij mi smakowały, czyli z gęsiny i z jagnięciny. Trudno by było zgadnąć, że jest w nich ślimacze mięso, smak wydał mi się podobny do dobrego mięsa duszonego z grzybami.

Pojawił się gościnny gospodarz, Grzegorz Skalmowski , który wraz z żoną Mariolą stworzył to ślimacze imperium od podstaw. Pani Mariola opracowuje przepisy na ślimacze potrawy a także robi kosmetyki na bazie ślimaczego śluzu, które można kupić na miejscu. Pan Grzegorz zajmuje się marketingiem , czuwa nad produkcją ślimaków śródziemnomorskich , oprowadza wycieczki. By pokazać jak wyglądają poszczególne etapy hodowli bez jej zakłócania , stworzył „Żywe muzeum ślimaka” , można tam obejzreć również te największe na świecie, afrykańskie :

Są też atrakcje dla dzieci, jedna z nich to wyścigi ślimaków :

Poza tym dzieci mogą zobaczyć różne hodowane w tym miejscu zwierzątka, ale ślimaki, ich różne odmiany najbardziej je interesują. Pan Grzegorz opowiadał z pasją o swojej pracy, w tym także o tym, że Bistro Ślimaka leży nad Kanałem Elbląskim , kilka kilometrów od niego i zdarza się, że podjeżdża autem realizując zamówienia z przepływających nieopdal łódek i jachtów. Prawda, że apetycznie wygląda ślimaczy kawior na łososiu i ślimaki w boczku ?

Nad Kanałem jest klika miejsc, gdzie można smacznie zjeść, nawet bezpośrednio nad wodą , ich właściciele zorganizowali się w stowarzyszenie, by łatwiej wspólnie realizować turystyczne cele. Wszystko się pięknie rozwija a informatory turystyczne Warmii i Mazur zachęcają do odwiedzin tych miejsc.

Małdyty, zajazd Pod Kłobukiem

Kolejne miejsce, które chcieliśmy koniecznie zobaczyć to Zajazd pod Kłobukiem w Małdytach. Właścicieli poznałam podczas podróży do Alzacji a wcześniej na spotkaniu producentów i restauratorów dotyczącym gęsiny i jagnięciny. Te mięsa i dziczyzna a także produkty regionalne są bowiem bazą i siłą tego miejsca. A także pasja i zaangażowanie gospodarzy, z którymi miałam okazję porozmawiać. Spróbowałam słynnej pieczeni z dzika

lekkiej sałatki z grillowanym serem

a także słynnych farszynek , lokalnej potrawy regionalnej i faszerowanych ziemniaczanych skórek , chwalonych przez Magdę Gessler. Wszystko mi bardzo smakowało, a na szczegółowy opis wizyty zapraszam na Najsmaczniejszy Blog .

Jak już trafiłam w te okolice, to zobaczyłam też odnowioną starówkę i nadbrzeże w Elblągu i zachwyciłam się tym miastem.

Elbląg, nad rzeką o tej samej nazwie

O tym, że odbudowa była bardzo staranna, odzwierciedlająca dokładnie zabudowę według ruin świadczą nieliczne niezabudowane jeszcze miejsca:

Z Elbląga od kilku miesięcy można szybko i wygodnie dojechac do Gdańska , zdążyłam się więc następnego dnia przywitać z morzem. Wycieczka okazała się pełna wrażeń nie tylko kulinarnych, przyroda i piękne okolice zachęcają do odwiedzin, na pewno tam kiedyś wrócę, choćby po to by popłynąć łodką po trawie 🙂

plaża w Brzeźnie, Gdańsk

Influencer Live Poznań – relacja ze spotkania

Influencer Live Poznań

W tym roku konferencja blogerska w Poznaniu zyskała nową nazwę – Influencer Live Poznań. Dla mnie jest kontrowersyjna, już kiedyś pisałam, z czym kojarzy mi się to używane powszechnie słowo, które zastąpiło poczciwego blogera. Najważniejsze, że było live, czyli na żywo, bo to spotkania z blogerami i poznawanie nowych jest dla mnie największą atrakcją tej konferencji. I wiedza – pod względem merytorycznym nie ma drugiej takiej imprezy w Polsce.

„Odjechana” prezentacja Pawła Tkaczyka

O nowych aspektach zdobywania popularności i zwiększania zasięgów w dobie „zero lajków” opowiadał Paweł Tkaczyk i nie było mu łatwo, bo problemy techniczne podzieliły jego prezentację na ekranie. Ale poradził sobie doskonale, według własnych słów ” dobry marynarz i bez prezentacji popłynie”. Wnioski z wystąpienia – nie możemy zdać się tylko na socjale i instagram, musimy różnicować swoje pojawianie się w mediach na różne sposoby, zainteresować czytelników i dać im rozrywkę. Każdy z nas jest redaktorem naczelnym w swoim medium i jest za nie odpowiedzialny. Poza tym trzeba mieć szczęście 🙂 Przyznam, że ja tego szczęścia szukam na różne sposoby, na blogu nawet przepis ma swoją historię i anegdotki dla rozrywki, w realu na spotkaniach pojawiam się z ciastem lub innymi smakołykami swojej produkcji, łączę kulinaria z innymi pasjami, na przyklad muzyczną. Robię swoje , nie czekam na to szczęście bezczynnie. Nawet próbuję , jak na poniższym zdjęciu zmienić nieco swój wyluzowany zazwyczaj wizerunek 🙂

Miałam nieco ograniczony czas na konferencji, więc starałam się wykorzystywać jak najwięcej. Niestety nie udało mi się posłuchać Janiny, za to dwa razy trafiłam na Maćka Budzicha – najbardziej podobał mi się jego wywiad z Krzysztofem Gonciarzem. Po raz kolejny ( po poznanym na pierwszym BFG Kominku) odniosłam wrażenie, że znany bloger jest zupełnie inny prywatnie, niż jego wizerunek, który kreuje w sieci. Zastanawiam się, jaka jest tego przyczyna…

wywiad Maćka Budzicha z Krzysztofem Gonciarzem

Z ciekawością posłuchałam też Maszynisty jako autora bloga specjalistycznego. Wprawdzie kulinaria to dość specyficzna specjalność, ale doświadczenia się przydadzą. Marcina poznałam wcześniej na żywo, bo w rozmowach przed wydarzeniem dopytywał się o moje tradycyjne ciasto, więc poczęstowałam go póki miałam, bo szybko znikało. Pod koniec jego prelekcji przysiadłam się do Supertaty , też z ciastem. Próbowali go też stali jego amatorzy z kulinarnej blogosfery i nowi znajomi.

Poznałam sporo nowych osób, w tym na żywo znanych z sieci, miałam też szczęście dzielić hostelowy pokój z niezwykle ciekawą dziewczyną , która prowadzi bloga o książkach i serialach – Zielona Małpa i ma bardzo interesującą pracę . Ale najważniejsze były spotkania ze stałymi bywalcami blogerskich spotkań. Sorry organizatorzy, ale na afterze zrobiłyśmy sobie spontaniczne warsztaty kulinarne, sprawdzajac czy Prosseco od sponsora ( Lidl) pasuje do nalewki mirabelkowej i jak komponują się do tego orzeszki i mój domowy ser 🙂

Wszystko się pięknie uzupełniało, ja nabrałam od nowa energii i po raz pierwszy na takiej imprezie, wyciągnięta na parkiet przez Martę i Tysię , zaczęłam tańczyć. A kto to pojawił się obok i to w niezwykłym stroju ? Chyba jeden z Trzech Muszkieterów 🙂

Przywileje wieku i blogowego stażu są dość przyjemne, nie musiałam stać w kolejkach po procenty, przyjaciele sami mi przynosili , spróbowałam też od razu podarowanej nalewki i nawet dzień później dostałam za nią podziękowania, bo ktoś mnie, stojącą z Adamem z Parowaru Faceta pomylił z Dorotą i Michałem 🙂 Podziękowania przekazuję więc tutaj 🙂 A poza tym – bar był wzięty 🙂

Whiskey in the Jar w akcji

Dziękuję bardzo wszystkim, których spotkałam, organizatorom – Ilonie, Piotrowi, niezmordowanym forografom Bartkowi i Szymonowi, czuwającemu nad wszystkim Zuchowi , wszystkim, z którymi miałam okazję pogadać, bo rozmowy są dla mnie największym aspektem takich spotkań. I na koniec proszę , by może zrobić konkurs na ładne polskie słowo, zastępujące kojarzące mi się z grypą określenie Influencer 🙂

Kto nie zdążył, proszę częstować się witrualnie ciastem , przepisy są w osobnym wpisie , bo podczas wydarzenia świętowałam przypadające dzień później 11 urodziny bloga.

Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach !

Cammembert z grilla i relacja z francuskiej wytwórni Munstera

cammembert z grilla
cammembert z grilla

Przed chwilą wyczytałam, że dziś jest dzień sera Cammembert . Zmieniłam więc plany wpisu na blogu, bo przypomniałam sobie, że od kilku lat mam sfotografowany cammembert z grilla z rodzinnej imprezy i wciąż o nim zapominam. Więc – voila, Cammembert, s’il vous plait.  Bardzo lubię ten ser i oczywiście najlepszy jadłam we Francji. Nie mogę się tylko zdecydować, czy bardziej smakował mi ten z Normandii, czy taki, którego produkcję obserwowałam w Alzacji. I tu drugie neidopatrzenie – w swojej relacji z podróży do Alzacji pisałam o świętach wina i …kiszonej kapusty , miałam ją jeszcze uzupełnić o wrażenia z wycieczki do fabryki serów w Munster, minęły raptem 4 lata i … jak to życie pędzi 🙂 Nie pamiętam już dokładnie wszystkich informacji, ale można je znaleźć w sieci, więc dodam tylko nieco zdjęć 🙂

Na poczatek – odtworzenie historycznego miejsce wytwórni serów -proszę zwrócić uwagę na saboty Pani prowadzącej pokaz 🙂

Teraz etapy produkcji, od skrzepu :

I  sery w różnych fazach dojrzewania :

A oto Autorki mleka, z którego wytwarza się sery, wypasane w górach od maja do września : )

I najprzyjemniesza część – degustacja, z lokalnym masłem i bagietką 🙂 oczywiście w towarzystwie wina, ale zdjęcia z winem okazały się …nieostre 😉

Po zakupach można też było pogłaskać figurkę krowy, bo żywych nie wolno niepokoić :

I jeszcze trochę lokalnych kolorytów, uroczo zdobione domki i zestaw krowich dzwonków :

Jak byłam u znajomych w Normandii, zajadałam się innymi wersjami Cammemberta

i przywiozłam trochę do domu :

Dostałam też oryginalne sery z Normandii kiedyś w prezencie i zrobiłam do nich sos koktajlowy :

A teraz jak mawiają Francuzi „venons chez nos moutons”, czyli wracamy do tematu –  Cammembert z grilla 🙂 Ser kładziemy na grillu albo w specjalnym papierze, w którym jest opakowany, albo w folii aluminiowej i grillujemy po kilka minut z obu stron. Ostrożnie rozwijamy, by potem ładnie wypłynął. Podajemy najlepiej z konfiturą z żurawiny albo innym owocowym, wyrazistym dodatkiem ( jak np. jarzębina z jabłkiem). Niebo w gębie 🙂 Zdjęcia po przekrojeniu nie mogę znaleźć, chyba już zajęłąm się gośćmi i nie zrobiłam.

Polecam grillowany cammembert nie tylko w sezonie. Mam też przepis na marynowany w oliwie Cammembert i na  sałatkę prowansalską

Niech się święci Dzień Sera Cammembert 🙂

Smacznego !

Food blogger fest 9 – relacja ze spotkania

food blogger fest 9
food blogger fest 9

Na coroczne spotkanie blogerów kulinarnych w tym roku udałam się z wielką przyjemnością, bo dawno nie miałam okazji spotkać tak wielu koleżanek ( i kolegów) w jednym miejscu. Rok temu termin pokrywał się z poznańską konferencją a na ogólnych blogerskich spotkaniach gotujących nie bywa aż tak wielu. Food Blogger Fest 9 odbył się jak zwykle w siedzibie Agory w Warszawie, pod patronatem Haps.pl i z hasłem – ” Prosto i pysznie” – czyli coś dla mnie. Udało mi się zapisać na wspólne gotowanie na dwa warsztaty, ale najważniejsze były blogerskie spotkania, wymiana doświadczeń i rozmowy. Smakołyków od sponsorów było sporo, ja tradycyjnie zabrałam ciasto do torebki, by podzielić się nim ze znajomymi, którzy na to czekają 🙂

Powitało nas pyszne śniadanie z „frankami” firmy Morliny w roli głównej . Było jak nabrać sił i porozmawiać – na przykład o nowych projektach, jak z Martą z Bazyliowego Musu, wspaniale radzącą sobie z bokserami w Zero sześć . Moja ciasto w pudełku miało dwie wartswy, jak ptasie mleczko ( Wedel zaprezentował nową wersję ) , były też dla nas  tradycyjne torciki waflowe z dedykacjami.

Wspólne gotowanie to to, co lubię najbardziej , z przyjemnością zapoznałam się z ciekawostkami Korean Street Food , zaprezentowanymi przy pomocy sprzętu Samsunga przez Bartka Strecza Dębskiego.

Piekliśmy  kurczaka KFC z glazurze z gochujang , podanego w bułce i smażyliśmy wołowinę w marynacie boulgogi z marchewką i cebulą, zajadane z ryżem.

Tego ostatniego dania spróbowała jedna z gwiazd Food Blogger Fest, Ewa Wachowicz , która przechodząc zaciekawiła się tym, co gotujemy.

Gdy zapytałam, czy słynna blogerka i autorka programów kulinarnych zechce się poczęstować – odpowiedziała szczerze – „dobrego jedzenia nigdy nie odmawiam ” 🙂 Jak widać na pierwszym zdjęciu relacji – smakowało. Udało mi się też dostać książkę z autografem ( Ciasta) przy stoisku Appetity :

W gotowaniu towarzyszyła mi m.in. Edyta z Pasji Smaku , z którą spotykamy się często na blogerskich imprezach:

Kto nie był na warsztatach , mógł skorzystać z licznych pyszności wykonywanych na miejscu przez ich autorów, m. in. pysznych hot dogów w grillowanych kanapkach od PapaDiego :

W międzyczasie odbywały się prelekcje prowadzone przez Małgosię Mintę, posłuchałam m.in o produkcji programów kulinarnych . Hm, nazwa bloga podobna do mojego i wyznam w tajemnicy, że mam u siebie sporo podobnych potraw, bo czytelnicy p. Ewy trafiają czasem do mnie 😉

Na koniec gotowałam jeszcze przy pomocy sprzętu  Fiskarsa z Jasiem Kuroniem caponatę, jej klasyczną wersję ( bo była też „odjechana” )

Wyszło pysznie, jak by inaczej :

Z licznymi podarunkami od sponsorów pomógł zabrać mi się syn, który niedawno został „słoikiem” czyli zamieszkał w stolicy ze względu na zmianę miejsca pracy. Niedaleko miejsca gdzie odbywał się Food Blogger Fest są Łazienki Królewskie, więc udaliśmy się na spacer, robiąc sobie zdjęcia w miejscach zapamiętanych z naszej pierwszej wycieczki do Warszawy .

Po blogerskim spotkaniu byłam pełna wrażeń, ale to nie był koniec – czekał mnie jeszcze magiczny wieczór z synem , który nie tylko kulinarnie mnie inspiruje wymyślając ciekawe potrawy. Tym razem podążyliśmy za piosenkami – najpierw na ulicę Mandarynki zabawnie zrapowanej przez Kamila Pivota.

Potem jak w  Hej Wy mojego ulubionego muzyka , Korteza sprawdzaliśmy jak wygląda „nocna Warszawa ” :

Tak wygląda z auta, a by poznać „jej skutki” udaliśmy się na spacer Nowym Światem i zahaczyliśmy o słynne Pawilony. Warszawa da się lubić 🙂

Do zobaczenia na kolejnych kulinarnych spotkaniach !

 

Piernikowe laboratorium – relacja z warsztatów

piernikowe laboratorium
piernikowe laboratorium

Piernikowe Laboratorium to cykl warsztatów prowadzonych przez Muzeum Toruńskiego Piernika , które ma pokazać, jak mozna wykorzystać  piernik kulinarnie, nie tylko w formie słodyczy. Pochodzenie tego ciastka jest związane właśnie z jego istotą – korzennymi przyprawami. Były one w dawnych czasach drogie, sprowadzane z daleka – utrwalenie ich za pomocą miodu i żytniej mąki pozwalało dłużej cieszyć się ich właściwościami. Piernikowe Laboratorium jest właściwie powrotem do źródła – piernik jest wykorzystywany jako smakowy dodatek do dań i to niekoniecznie słodkich.

Przy okazji wykorzystywane są przepisy z dawnych książek kucharskich, które teraz, dzięki działalności Profesora Jarosława Dumanowskiego , historyka zajmującego się kulinariami z UMK, są wydawane z odpowiednim komentarzem historycznym przy pomocy Muzeum Króla Jana III w Wilanowie.  Na warsztatach 3 października , które prowadził Maciej Barton, chef w Ostoja Chobienice robiliśmy dania m.in. z książek „Kucharz doskonały. Sekrety kuchmistrzowskie Wojciecha Wielądki”, „Staropolskie przepisy kulinarne ” – zbiór od  XVI do XVIII wieku i prezentowanego kiedyś na moim blogu „Kucharza Wielkopolskiego ” – repirintu z 1876 roku.

Zaczęliśmy od zupy wiśniowej z dodatkiem katarzynek moczonych w winie. Zupa wiśniowa jest w niemal każdej dawnej książce kucharskiej, był to bardzo popularny przepis. Smakowała wyśmienicie.

Dodatkiem do niej były wiśnie w zalewie słodko-kwaśnej, jeden z darów od lokalnych wytwórców, którzy chętnie wspomagają warsztaty swoimi przetworami.

Kolejną zupą była czernina, ugotowana na drobiowym bulionie , z dodatkiem mięsa i podrobów. Chef Maciej doprawił ją octami od p. Siadaka spod Torunia, słynnego wytwórcy domowych octów i musztard, również takich z piernikowymi przyprawami.

Do czerniny dodawaliśmy polne gruszki w octowej zalewie , piklowane śliwki i słodko-kwaśne wiśnie. Ocet z kwiatów bzu dodał jej nie tylko smaku, ale i niezwyklego aromatu. Dodatkiem dosmaczającym czerninę był stary na tarce piernik gastronomiczny , nadający zupie korzennej ostrości. Ale to było pyszne !

W międzyczasie w piekarniku piekły się pokrojone w kostkę warzywa , dodatek do sandacza. On też był przygotowany krótko w piekarniku i podany z kaszą orkiszową . Na samym końcu ryba zostałą posypana startym piernikiem, co bardzo ożywiło jej delikatny smak.

Na deser ugotowalismy gruszki w syropie różanym i winie. Zostały podane z konfiturami, sosem czekoladowym i sosem piernikowo-winnym. Razem z kawą piernikową ( dla chętnych wzmocnioną piernikowym syropem) był to prawdziwie królewski deser.

Gotowanie na warsztatach przebiegało w sympatycznej atmosferze, ja opowiadałam m.in. o koncercie, na którym byłam dzień wcześniej ( pytano mnie, co Kortez najbardziej lubi – oczywiście serniczek  a ja wspomianłam też energetyczne Panieneczki , śpiwewjące foklor kujawski w nowoczesnym wydaniu) . Myślę, że każdy docenił wartość piernika jako dodatku i przyprawy do różnych potraw. Nauczyliśmy się też wykorzystywać różne octy i owocowe przetwory. Mnie szczególnie zainteresowały octy akacjowy i śliwkowy, bo takie robiłam w tym roku sama. Śliwkowy miał bardziej owocowy smak, za to akacjowy był kwaśniejszy, niż mój. Staropolskie zupy i desery, w których słodko-kwaśny smak był dominujący,  we współczesnym wydaniu  z tymi dodatkami bardzo nam smakowały.

Do zobaczenia na kolejnych warsztatach Piernikowego Laboratorium !

See Bloggers Łódź 2018 – relacja z dystansu

see bloggers łódź
see bloggers łódź

Wprawdzie od największej blogerskiej imprezy, która w tym roku przeniosła się z Gdyni do Łodzi minął już ponad miesiąc, ale wspomnienia o niej żyją we mnie cały czas. Do relacji , mimo permamentnego braku czasu zmobilizował mnie kończący się właśnie Poland Rock Festiwal, bo właśnie końcowe wystąpienie Jurka Owsiaka zrobiło na mnie największe wrażenie – przyznam, że w pewnym momencie poszły mi łzy ze wzruszenia. Tym bardziej, że wiedziałam, że gdzieś w pokazywanym tłumie jest moja córka i jej przyjaciele.

To był mocny akcent na zakończenie, ale i w trakcie dwudniowego See Bloggers było ich wiele. Znane postaci z polskiej kultury odkryły Internet jako nowe źródło przekazu i dlatego mieliśmy przyjemność uczestniczenia w ciekawych wywiadach i rozmowach. O tym, jak radzi sobie na Instagramie opowiadała żywo i z humorem Kasia Nosowska, która potrafi doskonale bawić się tym nowym narzędziem jednocześnie przekazując wartościowe treści.

A wieczorem pierwszego dnia dała czadu podczas koncertu, prezentując utwory ze swojej najnowszej płyty i te najpopularniejsze. Oj, to było przeżycie 🙂

 

Swój kanał na You Tube prowadzi tez druga mega gwiazda goszcząca na See Bloggers, Urszula Dudziak. Wywiad z nią to było prawdziwe show w wykonaniu artystki, ma doskonały kontakt z publicznością nie tylko gdy śpiewa.

 

Tak się zastanawiam, czy popularność na Instagramie czy w innych sieciowych formach  znanych gwiazd to tylko efekt ich osobowości czy też odbicie popularności wynikającej z działań atrystycznych. Na pewno to drugie sporo pomaga w generowaniu ilości wyświetleń. „Zwykli” blogerzy muszą sobie zapracować na to sami 🙂 Właśnie jednego z nich, któremu kibicuję obserwując od kilku lat jego rozwój, spotkałam zasiadając na stoisku Intercity. Tomek prowadził najpierw bloga o autostopie, teraz pisze i pracuje „Tam, gdzie chce „( blog u mnie z boku w ulubionych ) , prowadząc szkolenia dla ludzi, którzy tak, jak i on chcą pracowac zdalnie i mieszkać albo gdzieś daleko , gdzie utrzymanie niedrogo kosztuje ( był w Bangkoku i w Dominikanie ), albo w małych miejscowościach w Polsce , z dala od zgiełku wielkich miast.

Spotkanie z Tomkiem przyniosło mi szczęście, bo tak od niechcenia, skupiona bardziej na rozmowie z nim, wzięłam udział w konkursie Intercity, wymyślając od ręki hasło – #najlepszespotkaniawpodróży , bo mimo, że Tomek mieszka w Poznaniu, to spotykamy się ostatanio tylko na dużych blogerskich imprezach. I poznaliśmy się w pociągu 🙂 Wygrałam podwójny voucher na podróż Intercity. Przyda mi sie bardzo w kulinarnych podróżach. Tym bardziej, że na praktycznych warsztatach zgłębiłam dzięki prowadzącemu je p. Adamowi podróżny savoir-vivre. Uczestniczyłam też w ciekawych warsztatach o specyfice Szwecji, na kulinarne nie udało mi się dostać, ale podpatrzyłam trochę, co robi Pascal Brodnicki z wołowiną i zapamiętałam praktyczne porady .

 

Ze znajomymi blogerami spotykałam się chodząc między stoiskami sponsorów ( szczegóły na Instargramie grazynagotuje ) i w strefie spotkań, gdzie mogliśmy skorzystać z ciekawych przekąsek ( sałatki rybne i wege Salatino i puddingi dr Oetkera rządziły) i kawy Saeco , ratującej nam życie wśród intensywnych spotkań i rozmów. Z blogerkami kulinarnymi spotkałam się m. in. przy fontannie różowej czekolady 🙂 Oczywiście miałam w torebce ciasto, którym tradycyjnie częstowałam nowych i starych znajomych .

 

Łodź jako miejsce tego wydarzenia ma sporo do zaoferowania, wprawdzie nie byłam na foto spacerze, ale w wolnym czasie zwiedziłam trochę Centrum . Miałam się też wybrać na Songwriter Festiwal, ale po koncercie i imprezie inegracyjnej nie starczyło mi już  sił. Po koncercie w grupie znajomych z poznańskiej i warszawskiej ekipy świętowaliśmy przy drinkach od sponsorów urodziny Adama z Parowaru Faceta ( obecnie realizującego kulinarne pasje w  Food Tracku 🙂

 

Trochę się obawiałam, czy na spotkaniu z taką ilością celebrytów znajdę coś dla siebie, ale jak widać skorzystałam sporo , uczestnicząc też w prelekcjach o portalu Wolne Lektury i obserwując dyskusję o kulturze i czytelnictwie z udziałem m.in. Michała Żebrowskiego i prawdziwych poetów. Przyznam z żalem, że na imprezie hasztagi roku ( próba kontynuacji Bloga Roku) niewielu laureatów znałam – blogosfera jest teraz tak szeroka a moje zainteresowania skupiają się prócz kulinariów na szeroko pojętej kulturze i marketingu . Ale dzięki tej imprezie nadrobiłam znajomość blogosfery, miałam okazję spotkać się ze znajomymi ( niektórych długo nie widziałam) , poznać kilka nowych osób i spędzić dwa dni w ciekawym miejscu i miłym towarzystwie.

 

Pszczyna i Festiwal Śląskie Smaki – relacja

pszczyna zamek
pszczyna zamek

Bardzo lubię kulinarne podróże, toteż kiedy dostałam zaproszenie na wizytę studyjną do Pszczyny w czasie, gdy odbywał się tam Festiwal Śląskie Smaki ( 16 czerwca), bardzo się ucieszyłam. W tym rejonie kraju bywam rzadko , słynnego Zamku nie zwiedzałam , toteż z chęcią poznałam jego atrakcje i historię.  Pszczyna pokazała nam się  najpierw od strony  zamku , wraz z koleżankami blogerkami kulinarnymi z Warszawy i dziennikarzami z Krakowa  zwiedzaliśmy  jego wnętrza. Barokowy kształt budowli po przebudowie zawdzięczamy książętom Hochberg von Pless z Książa , po przebudowie latach 1870–1876 . Budowla i otoczenie są  imponujące, bo wszystko ocalało od zniszczeń wojennych i powojennych.

Największe wrażenie zrobiła na mnie klatka schodowa prowadząca do sali Lustrzanej , gdzie teraz dzięki dobrej akustyce odbywają się niekiedy koncerty . Powstała ona podczas panowania na zamku Hansa Heinricha XI, który zlecił francuskiemu architektowi przebudowę i rozbudowę zamku w barokowym stylu.

Póżniej unowocześnienia wprowadziła najbardziej znana jej mieszkanka, księżna Daisy, Angielka, która poślubiła Hansa Heinricha XV. To ona wprowadziła udogodnienia takie, jak łazienki i małe, prywatne apartamenty. Utrzymywała kontakty towarzyskie z koronowanymi głowami całej Europy i dostosowała zamek do ich wygód.

 

W czasie I wojny światowej zamek ten był siedzibą Cesarza Wilhelma i centrum dowodzenia. To na tych korytarzach oczekiwano na jego audiencje.

Księżna znana była ze swojej urody, sama projektowałą stroje i zlecała je do szycia znanym domom mody, które miały manekiny z jej wymiarami. To do tych strojów nawiązuje wystawa w podziemiach Zamku, pokazująca ubiory inspirowane sztuką.

Park przy pszczyńskim Zamku jest bardzo rozległy, na jego krańcu możemy zobaczyć skansen drewnianych budowli, dawnych wiejskich domów, młyna i innych elementów wiejskiej architektury.

W międzyczasie byliśmy na obiedzie w restauracji Kameralna, serwującej gęsinę – jeden z tematów Festiwalu Śląskich Smaków. Z przyjemnością dowiedziałam się, że chef Piotr Polak korzysta z gęsi owsianych z Kołudy. Jedliśmy to mięso  w formie przystawek i dania głównego, z sezonowymi dodatkami .

Wieczorem na kolacju byliśmy w Wodnej Wieży, gdzie w dawnej wieży ciśnien na dwóch ostatnich poziomach powstała restauracja z doskonałą autorską kuchnią Szymona Bracika. Steampunkowy wystrój stwarza niezwykłą atmosferę, z okien widać niedalekie Beskidy i panoramę całej Pszczyny, łącznie z oświetlonym zamkiem. Jedzenie mi bardzo smakowało,  przypominało klimatem i smakami to, co gotuje w Poznaniu Ernest Jagodziński. Tutaj przegrzebek z sezonowymi dodatkami, który tuż przed podaniem został podlany bulionem dashi, mniam 🙂

Przed rozpoczęciem Festiwalu zwiedzaliśmy inną część pszczyńskiego parku – zagrodę żubrów. Car Aleksander wymienił je z jednym z książąt na 20 danieli i tak stado 6 sztuk dało początek hodowli żubrów w Pszczynie. Gdy te z Białowieży zaczęły chorować, to właśnie żubry z Pszczyny pomogły je ocalić. Teraz chodzą sobie po wybiegu , mogliśmy je podziwiać w porze karmienia.

 

Prócz żubrów są tam i inne zwierzęta, sarny, osiołki, gęsi chodzące „luzem”, powstała tam ścieżka edukacyjna dla dzieci.

Festiwal Smaków otworzył szef jury, znany śląski kucharz Remigiusz Rączka.

 

 

Konkus był przeprowadzony w trzech kategoriach : dla zawodowych kucharzy, szkół gastronomicznych i amatorów – tu byłu m.in. koła gospodyń wiejskich i grupy rodzinne. Pod wielkim namiotem wszyscy wzięli się z zapałem do pracy przygotowując dania regionalne na bazie gęsiny i dziczyzny .

 

Jury nie miało łatwego zadania :

 

 

 

Wśród amatorów wygrało Koło Gospodyń z Wisły podając udko gęsie faszerowane kaszą, tatar z gęsi i zupę gulaszową z gęsich żołądków. Z gastronomików wygrała szkołą z Bielska-Białej serwując grzybionkę, polędwicę z dzika i sernik, konkurs restauracji to zwycięstwo Holliday in z dąbrowy Górniczej, drugie miejsce zajęłą pszczyńska Frykówka , trzecie Enklawa . Oto kilka z konkursowych dań – widać dbałość o estatykę na talerzach :

Potem odbyła się „Bitwa smaków ” miedzy Remigiuszem Rączką a pszczyńskim restauratorem, Markiem Furczykiem, której efekty mogli spróbować uczestnicy festiwalu .

Na koniec dla wszystkich dał oszłamiajace widowisko Zespół Śląsk – widziałam go pierwszy raz i jestem pod wrazeniem zarówno śpiewu jak i tańca .

Następnego dnia zwiedziliśmy bardzo ciekawe Muzeum Prasy Śląskiej , gdzie prócz dawnych maszyn drukarskich ( niektóre są wykorzystywane do dziś, np. do drukowania na czerpanym papierze ) i aparatów fotograficznych zobaczyliśmy pierwsze polskie drukowane pisma ( to ten region dominował w druku) a także wspomnienie Księgi Henrykowskiej z pierwszym polskim zdaniem ( Daj, ac ja pobruszę a ty poczywaj ). Kustosz bardzo ciekawie opowiadał , mogliśmy sobie wydrukować pamiątki i dostaliśmy reprint pierwszej polskiej gazety na Śląsku .

Zwiedziliśmy też niezwykły kościół ewangelicki przy Rynku, wyjątkowo bogato zdobiony – widać książęcy wpływ :

Potem by odpocząć i odprężyć się pojchaliśmy nad pobliskie jezioro Łąckie , popływać na sprzęcie wodnym lub, jak ja – wprost w wodzie . Dla mnie to było najlepsze odprężenie po dwóch intensywnych dniach 🙂

Pożegnalny obiad autorstwa Marka Furczyka zjedliśmy w restauracji Punkt „G”astronomiczny. Było to doskonałe podsumowanie całej wizyty na gościnnej i atrakcyjnej Ziemi Pszczyńskiej, gdzie jest co oglądać, co jeść, gdzie odpoczywać , jak się poruszać ( rowery miejskie i sporo ich stacji, komunikacja miejsko-gminna) . Warto odkryć walory turystyczne Pszczyny i okolic , zwłaszcza w czasie wakacji.

Jagnięcina lokalna bliżej konsumenta

jagnięcina lokalna
jagnięcina lokalna

Wspaniałe są te kotleciki jagnięce, prawda ? Nie jest to importowana jagnięcina z dalekich krajów , tylko z naszych rodzimych ras , o których odtworzenie dbają teraz naukowcy. Na początku marca miałam przyjemność uczestniczyć w naukowej i praktycznej prezentacji programu Biostrateg, realizowanego przez Instytut Zootechniki z podkrakowskich Balic i jego filię w Kołudzie Wielkiej. Ma on za zadanie sprawdzenie walorów kulinarnych polskich ras owiec a także skrócenie drogi od producenta do konsumenta .

 

Praktyczną stroną tej konferencji zajął się pasjonat rodzimej jagnięciny – Piotr Lenart, chciał pokazać restauratorom, że opłaca się współpracowac z hodowcami, bo z jagnięcej tuszy można wyczarować potrawy o wspaniałym smaku, a jeśli się ją mądrze i w całości zużytkuje, to nie musi być to mięso drogie.

Spotkanie odbyło się na gościnnej Ziemi Dobrzyńskiej, w kilku miejscach. Goście nocowali w Glewie, z Zagrodzie pod zachrypniętym kogutem i tam pierwsze przygotowania i rozmowy odbyły się podczas kolacji, którego  głównym tematem był kogut i dania z niego :

Następnego dnia wykłady i degustacja odbyły się w Folwarku Matera w pobliskim Wielgiem . Nie będę tutaj teoretyzować, wspomnę tylko, że w poszukiwaniu ciekawych rodzimych ras owiec, które będą odtwarzane i chronione prof. B. Borys z Kołudy i Piotr Lenart znaleźli i takie, które wypasały się w lesie , niemal na dziko. Teraz pokażę, jakie dania powstały na bazie rodzimej jagnięciny. Na przystawkę było carpaccio z jagnięcego combra, zamarynowanego wcześniej. Cieniutkie plastry smakowały zjawiskowo.

 

O tym, jak efektywnie wykozrystać całą tuszkę przekonał nas barszczyk na jagnięcinie z kołdunami, z mięsa z wywaru :

 

Kołduny były bardzo delikatne a barszczyk esencjonalny. Mięso z wywaru a także końcówki pieczonego trafiły do zjawiskowych w smaku pierogów :

Do dojadania była tuszonka z jagnięciny, do której wykorzystano mniej „konkretne” kawałki mięsa.

 

Prócz kotlecików pokazanych na pierwszym zdjęciu były i takie bez kostki :

 

Każde z mięs było oznaczone, z którego gatunku pochodzi i jego walory smakowe oceniali fachowcy, jak na program badawczy przystało.

Wieczorem goście przenieśli się do legendarnego już królestwa Mirki Wilk – Tradycyjnego jadła. Tam, u laureatki Złotych Półgęsków ( Z Festiwalu gesiny w Przysieku) w bardziej swojskich warunkach próbowalismy jagnięciny w towarzystwie lokalnych dodatków.

Jedliśmy m.in. jagnięce żeberka w kapuście, ziemniaczny placek – szandar , klopsiki – z warzywnymi dodatkami autorsta Mirki i z „Wilczym kłem” na strawienie :

 

Nie zabrakło tez kultowych pierogów, tym razem z gęsiną :

 

Po takiej uczcie każdy restaurator na pewno przekonał się do rodzimej jagnięciny , program, o którego początku pisałam rok temu spełnił więc swoje zadanie. Czekamy na efekty , na razie dania z jagnięciny są jednym z elementów trasy kulinarnej Niech Cię zakole , dostępne są też na lokalnych rynkach w Bydgoszczy, Toruniu i Poznaniu.

Na zakończenie pokażę kawałek „skansenu” Mirki Wilk w Wielgiem, gdzie miałam przyjemnośc nocować . Jest tam pięknie jak w bajce, gospodymi zbiera po całym świecie ( widziałam to podczas wycieczki do Alzacji) ludowe naczynia kuchenne do jego wyposażenia i sama malunkami ozdabia wnętrza.

 

Co lubią wodniacy

rejs
rejs

Każdy kto mnie zna, wie, jak lubię wodę i wszystko, co z nią związane. Czy to rzeka, morze czy jezioro- nad wodę ciągnie mnie od dzieciństwa. Wychowałam się nad pięknym jeziorem, teraz mieszkam w mieście, gdzie są dwie rzeki , chętnie korzystam więc z gościny zaprzyjaźnionych wodniaków, by popływać od czasu do czasu. Na zdjęciu powyżej jest pamiętny rejs -krótka chwila, kiedy siedziałam za sterem jachtu, pod czujnym okiem kapitana i prowadziłam łódkę  po Warcie.

To z kolei jest rejs po Warcie w Poznaniu, w którym uczestniczyłam jako blogerka kulinarna, testując nową miejscówkę – potem robiliśmy na Cyplu wspólne pikniki. Jak zwykle miałam ze sobą ciasto w torebce, drożdżowe, które bardzo smakowało uczestnikom rejsu . Staram się na spotkania na rzece zawsze zabierać ze sobą coś słodkiego – o konkretne rzeczy wodniacy zwykle dbają sami.

Najfajniejsze są wspólne spotkania, kiedy najpierw możemy zasiąść przy piknikowym stole a potem udać się w rejs po rzece. Zwykle mamy do wyboru kilka jachtów, które często są czarterowane a w czasie pikniku stoją na przystani.

Nie tylko nad rzeką organizujemy pikniki – kiedyś opanowaliśmy blogerską grupą cały statek wycieczkowy i zrobiliśmy sobie ucztę podczas rejsu 🙂

Tak się bawimy u nas na Warcie w Poznaniu, sporo osób złapało wodniackiego bakcyla i chce popływać nie tylko w najbliższej okolicy. Często chcą wyruszyć na dalsze wody, czy to krajowe, czy też zagraniczne. Ostatnio przeglądając oferty wakacyjne ( i już na długi majowy weekend) trafiłam na ciekawe oferty czarteru jachtów i związanych z tym wycieczek na globtourist.com . Szczególnie atrakcyjne wydały mi się rejsy w Chorwacji .

A wracając do naszych wodniaków – jest coś spoza słodyczy z mojego kulinarnego repertuaru co bardzo lubią – to kiszone ogórki. Do wieczornych pikników przy ognisku, a słyszałam też, że sok z nich jest szczególnie doceniany następnego dnia po imprezach 🙂 Bardzo lubią też domowe chleby , pieczone przez blogerów, one zawsze cieszą się powodzeniem na wspólnych piknikach.

 

Kulinarne gadżety – moja kolekcja

kulinarne gadżety
kulinarne gadżety

Każdy, kto prowadzi blog kulinarny lub ma takiego blogera wśród znajomych dobrze wie, jak ważne są kulinarne gadżety wykorzystywane do robienia blogowych zdjęć. Czasami kupuje się specjalnie naczynia, sztućce czy inne utensylia , często też wykorzystuje się w kreatywny sposób własne zasoby domowe. Ja staram się przede wszystkim robić zdjęcia blogowych dań na tym, co mam w domu. Na zdjęciu powyżej – „niedzielne filiżanki” do kawy, od razu z talerzykiem na ciasto , by spokojnie rano wypić kawę i zjeśc do niej kawałek weekendowego deseru. Czasem w łóżku.

Skoro już jesteśmy przy kawie, to do białego dzbanka zakupionego lata temu pasują mi fikuśne białe filiżanki z Ćmielowa, które wraz z całym serwisem obiadowo-kawowym wygrałam w konkursie dla blogerów daaawno temu ( 7 lat, w 2011 roku) . Wywołują uśmiech osób pijących w nich kawę, bo są niesymetryczne i stwarzają złudzenie, że kawa się zaraz wyleje 🙂

Ten talerzyk dostałam od blogującej koleżanki z okazji 5 urodzin bloga, ciasta na nim pięknie się prezentują. Mam też podobny głęboki , podarowany mi przez Izę innym razem . Bardzo je lubię 🙂

Ten pucharek do deserów kupiłam na początku blogowania , już  z myślą o zdjęciach . To komplet, jest ich 6, mam do nich wielki sentyment – wyprodukowano je w Hucie szkła Irena w Inowrocławiu, w moich rodzinnych stronach. Robię w nich m.in. kultowe galaretki mojej Mamy.

Z tej samej fabryki pochodzi ten talerz do tortów – prezent od mojej Mamy. Nie tylko ja go dostałam, ale tez każde z mojego Rodzeństwa….

Kupuję też często w antykwariatach i na pchlich targach – na zdjęciu poniżej stary widelec , do ciasta sfotofrafowanego na desce wygranej w konkursie :

Na pchlim targu kupiłam też mini-rondelki ceramiczne, w których pięknie się prezentują kremowe zupy .

Ulubionym talerzem do zupy mojej najmłodszej córki jest ten efektowny z kwiatkami, który budził zachwyty koleżanek od początku blogowania :

Jak widać, często jako tło wykorzystuję naturalne podłoże , mam też sporo serwetek, które sama dziergam . To wszystko wymaga miejsca, by te kulinarne gadżety pomieścić.

Dobór odpowiednich mebli do tego jest bardzo ważny. Serwetki i sztućce trzymam w szufladach komody. Serwis, większe talerze i foremki  do ciast mieszczą się wygodnie w kredensie, tuż przy otwartym wejściu do kuchni. Natomiast te najładniejsze filiżanki, małe talerzyki , szklanki i karafki trzymam w oszklonej szafie typu witryna, podobnej do takich , jakie są w ofercie meble-cezar.pl . Nie tylko ładnie wyglądają, ale są cały czas na widoku i nie zapomnam o nich , gdy myślę, jak zrobić najładniej zdjęcie dania na bloga.

 

 

Są tam między innymi moje ulubione białe filiżanki, które znalazłam w antykwariacie, bardzo podobne do tych z rodzinnego domu. Jaki widać nie tylko kawę z nich lubię pić, czasem pełnią też funkcję pojemnika do słodkich sosów.