Archiwa kategorii: Relacje

Jagnięcina lokalna bliżej konsumenta

jagnięcina lokalna
jagnięcina lokalna

Wspaniałe są te kotleciki jagnięce, prawda ? Nie jest to importowana jagnięcina z dalekich krajów , tylko z naszych rodzimych ras , o których odtworzenie dbają teraz naukowcy. Na początku marca miałam przyjemność uczestniczyć w naukowej i praktycznej prezentacji programu Biostrateg, realizowanego przez Instytut Zootechniki z podkrakowskich Balic i jego filię w Kołudzie Wielkiej. Ma on za zadanie sprawdzenie walorów kulinarnych polskich ras owiec a także skrócenie drogi od producenta do konsumenta .

 

Praktyczną stroną tej konferencji zajął się pasjonat rodzimej jagnięciny – Piotr Lenart, chciał pokazać restauratorom, że opłaca się współpracowac z hodowcami, bo z jagnięcej tuszy można wyczarować potrawy o wspaniałym smaku, a jeśli się ją mądrze i w całości zużytkuje, to nie musi być to mięso drogie.

Spotkanie odbyło się na gościnnej Ziemi Dobrzyńskiej, w kilku miejscach. Goście nocowali w Glewie, z Zagrodzie pod zachrypniętym kogutem i tam pierwsze przygotowania i rozmowy odbyły się podczas kolacji, którego  głównym tematem był kogut i dania z niego :

Następnego dnia wykłady i degustacja odbyły się w Folwarku Matera w pobliskim Wielgiem . Nie będę tutaj teoretyzować, wspomnę tylko, że w poszukiwaniu ciekawych rodzimych ras owiec, które będą odtwarzane i chronione prof. B. Borys z Kołudy i Piotr Lenart znaleźli i takie, które wypasały się w lesie , niemal na dziko. Teraz pokażę, jakie dania powstały na bazie rodzimej jagnięciny. Na przystawkę było carpaccio z jagnięcego combra, zamarynowanego wcześniej. Cieniutkie plastry smakowały zjawiskowo.

 

O tym, jak efektywnie wykozrystać całą tuszkę przekonał nas barszczyk na jagnięcinie z kołdunami, z mięsa z wywaru :

 

Kołduny były bardzo delikatne a barszczyk esencjonalny. Mięso z wywaru a także końcówki pieczonego trafiły do zjawiskowych w smaku pierogów :

Do dojadania była tuszonka z jagnięciny, do której wykorzystano mniej „konkretne” kawałki mięsa.

 

Prócz kotlecików pokazanych na pierwszym zdjęciu były i takie bez kostki :

 

Każde z mięs było oznaczone, z którego gatunku pochodzi i jego walory smakowe oceniali fachowcy, jak na program badawczy przystało.

Wieczorem goście przenieśli się do legendarnego już królestwa Mirki Wilk – Tradycyjnego jadła. Tam, u laureatki Złotych Półgęsków ( Z Festiwalu gesiny w Przysieku) w bardziej swojskich warunkach próbowalismy jagnięciny w towarzystwie lokalnych dodatków.

Jedliśmy m.in. jagnięce żeberka w kapuście, ziemniaczny placek – szandar , klopsiki – z warzywnymi dodatkami autorsta Mirki i z „Wilczym kłem” na strawienie :

 

Nie zabrakło tez kultowych pierogów, tym razem z gęsiną :

 

Po takiej uczcie każdy restaurator na pewno przekonał się do rodzimej jagnięciny , program, o którego początku pisałam rok temu spełnił więc swoje zadanie. Czekamy na efekty , na razie dania z jagnięciny są jednym z elementów trasy kulinarnej Niech Cię zakole , dostępne są też na lokalnych rynkach w Bydgoszczy, Toruniu i Poznaniu.

Na zakończenie pokażę kawałek „skansenu” Mirki Wilk w Wielgiem, gdzie miałam przyjemnośc nocować . Jest tam pięknie jak w bajce, gospodymi zbiera po całym świecie ( widziałam to podczas wycieczki do Alzacji) ludowe naczynia kuchenne do jego wyposażenia i sama malunkami ozdabia wnętrza.

 

Co lubią wodniacy

rejs
rejs

Każdy kto mnie zna, wie, jak lubię wodę i wszystko, co z nią związane. Czy to rzeka, morze czy jezioro- nad wodę ciągnie mnie od dzieciństwa. Wychowałam się nad pięknym jeziorem, teraz mieszkam w mieście, gdzie są dwie rzeki , chętnie korzystam więc z gościny zaprzyjaźnionych wodniaków, by popływać od czasu do czasu. Na zdjęciu powyżej jest pamiętny rejs -krótka chwila, kiedy siedziałam za sterem jachtu, pod czujnym okiem kapitana i prowadziłam łódkę  po Warcie.

To z kolei jest rejs po Warcie w Poznaniu, w którym uczestniczyłam jako blogerka kulinarna, testując nową miejscówkę – potem robiliśmy na Cyplu wspólne pikniki. Jak zwykle miałam ze sobą ciasto w torebce, drożdżowe, które bardzo smakowało uczestnikom rejsu . Staram się na spotkania na rzece zawsze zabierać ze sobą coś słodkiego – o konkretne rzeczy wodniacy zwykle dbają sami.

Najfajniejsze są wspólne spotkania, kiedy najpierw możemy zasiąść przy piknikowym stole a potem udać się w rejs po rzece. Zwykle mamy do wyboru kilka jachtów, które często są czarterowane a w czasie pikniku stoją na przystani.

Nie tylko nad rzeką organizujemy pikniki – kiedyś opanowaliśmy blogerską grupą cały statek wycieczkowy i zrobiliśmy sobie ucztę podczas rejsu 🙂

Tak się bawimy u nas na Warcie w Poznaniu, sporo osób złapało wodniackiego bakcyla i chce popływać nie tylko w najbliższej okolicy. Często chcą wyruszyć na dalsze wody, czy to krajowe, czy też zagraniczne. Ostatnio przeglądając oferty wakacyjne ( i już na długi majowy weekend) trafiłam na ciekawe oferty czarteru jachtów i związanych z tym wycieczek na globtourist.com . Szczególnie atrakcyjne wydały mi się rejsy w Chorwacji .

A wracając do naszych wodniaków – jest coś spoza słodyczy z mojego kulinarnego repertuaru co bardzo lubią – to kiszone ogórki. Do wieczornych pikników przy ognisku, a słyszałam też, że sok z nich jest szczególnie doceniany następnego dnia po imprezach 🙂 Bardzo lubią też domowe chleby , pieczone przez blogerów, one zawsze cieszą się powodzeniem na wspólnych piknikach.

 

Kulinarne gadżety – moja kolekcja

kulinarne gadżety
kulinarne gadżety

Każdy, kto prowadzi blog kulinarny lub ma takiego blogera wśród znajomych dobrze wie, jak ważne są kulinarne gadżety wykorzystywane do robienia blogowych zdjęć. Czasami kupuje się specjalnie naczynia, sztućce czy inne utensylia , często też wykorzystuje się w kreatywny sposób własne zasoby domowe. Ja staram się przede wszystkim robić zdjęcia blogowych dań na tym, co mam w domu. Na zdjęciu powyżej – „niedzielne filiżanki” do kawy, od razu z talerzykiem na ciasto , by spokojnie rano wypić kawę i zjeśc do niej kawałek weekendowego deseru. Czasem w łóżku.

Skoro już jesteśmy przy kawie, to do białego dzbanka zakupionego lata temu pasują mi fikuśne białe filiżanki z Ćmielowa, które wraz z całym serwisem obiadowo-kawowym wygrałam w konkursie dla blogerów daaawno temu ( 7 lat, w 2011 roku) . Wywołują uśmiech osób pijących w nich kawę, bo są niesymetryczne i stwarzają złudzenie, że kawa się zaraz wyleje 🙂

Ten talerzyk dostałam od blogującej koleżanki z okazji 5 urodzin bloga, ciasta na nim pięknie się prezentują. Mam też podobny głęboki , podarowany mi przez Izę innym razem . Bardzo je lubię 🙂

Ten pucharek do deserów kupiłam na początku blogowania , już  z myślą o zdjęciach . To komplet, jest ich 6, mam do nich wielki sentyment – wyprodukowano je w Hucie szkła Irena w Inowrocławiu, w moich rodzinnych stronach. Robię w nich m.in. kultowe galaretki mojej Mamy.

Z tej samej fabryki pochodzi ten talerz do tortów – prezent od mojej Mamy. Nie tylko ja go dostałam, ale tez każde z mojego Rodzeństwa….

Kupuję też często w antykwariatach i na pchlich targach – na zdjęciu poniżej stary widelec , do ciasta sfotofrafowanego na desce wygranej w konkursie :

Na pchlim targu kupiłam też mini-rondelki ceramiczne, w których pięknie się prezentują kremowe zupy .

Ulubionym talerzem do zupy mojej najmłodszej córki jest ten efektowny z kwiatkami, który budził zachwyty koleżanek od początku blogowania :

Jak widać, często jako tło wykorzystuję naturalne podłoże , mam też sporo serwetek, które sama dziergam . To wszystko wymaga miejsca, by te kulinarne gadżety pomieścić.

Dobór odpowiednich mebli do tego jest bardzo ważny. Serwetki i sztućce trzymam w szufladach komody. Serwis, większe talerze i foremki  do ciast mieszczą się wygodnie w kredensie, tuż przy otwartym wejściu do kuchni. Natomiast te najładniejsze filiżanki, małe talerzyki , szklanki i karafki trzymam w oszklonej szafie typu witryna, podobnej do takich , jakie są w ofercie meble-cezar.pl . Nie tylko ładnie wyglądają, ale są cały czas na widoku i nie zapomnam o nich , gdy myślę, jak zrobić najładniej zdjęcie dania na bloga.

 

 

Są tam między innymi moje ulubione białe filiżanki, które znalazłam w antykwariacie, bardzo podobne do tych z rodzinnego domu. Jaki widać nie tylko kawę z nich lubię pić, czasem pełnią też funkcję pojemnika do słodkich sosów.

 

 

 

 

Blog Conference Poznań 2018 – statystyka podyplomowo

Blog Conference Poznań
Blog Conference Poznań

Jakże żałuję, że moją nauczycielką statystyki na studiach nie była Janina Daily … Miałam ten przedmiot z ostrą w ocenianiu i nudną w wykładach Babcią Borną ( studenci AE Poznań sprzed … lat pewnie wiedzą o kogo chodzi). Jej ulubionym przykładem na mediany i inne dane statystyczne była …śmiertelność niemowląt !  Z wielką przyjemnością zaczęłam więc tegoroczne Blog Conference Poznań od  wykładu Janiny, ona z regresji statystycznej potrafi zrobić bombonierkę 🙂

Potraktowałam jej wykład ( jak i inne, wraz z blogowymi i FB-kowymi wpisami ) jako studia podyplomowe ze statystyki , choć to jest statystyka szczególna – dotyczy danych z bloga i fanpage. Skrzętnie notowałam i zaraz po majówce, jak się ogarnę , zacznę wykorzystywać tę wiedzę w praktyce.

Blogowy „mąż ” Janiny ( ta zabawna historia spowodowana brakiem przecinka  jest już legendą blogosfery i ..doczekała się na imprezie sesji ślubnej) , Kamil Kozieł ciekawie mówił o tworzeniu historii, w tym zabawnych. Oczywiście tę wiedzę zaczęłam wykorzystywać od razu, bo piszę to ja cały czas , nie tylko na blogu 🙂 wspomnę o tym w odpowiednim momencie relacji .

Potem z równym zaciekawieniem słuchałam Piotra Buckiego , zachęcającego nas do rozsądnego pisania, sprawdzania feke newsów i prawdy przede wszystkim. Podbudowało to mnie bardzo, bo czasem jestem przerażona płytkością wiedzy osób piszących ( częściej to się zdarza dziennikarzom niż blogerom) i nonszalancją w przekazywaniu informacji.

Podczas przerwy spotykałam co chwilę znajomych ( to najmilszy aspekt takich konferencji), częstując ciastem, które miałam w torebce i które mi zostało po obdarowaniu świętującej urodziny Janiny 🙂

Było drożdzowe , podobne do tego pierwszego kultowego z Blog Forum Gdańsk 2011 . Część zostawiłam pod opieką syna w celu misji specjalnej, ale o tym później . Nie wiem, czy wszyscy wymienieni ciasta spróbowali , ale spotkałam poznanych jeszcze na pierwszym Blog Forum Gdańsk ( 2010) Andrzeja Tucholskiego i Maćka Budzicha, Szklanego Samuraja, kulinarne koleżanki Tysię i Martę z Bazyliowego Musu. Marta jechała przez Łódź z Pauliną i opowiadała mi, jak w Busie spotkała blogującego Tomka z Poznania, który zna mnie i moje ciasto 🙂

Chwilę później usłyszałam tę samą historię z drugiej strony, bo zobaczyłam Tomka Maciejewskiego, którego poznałam jako blogującego autostopowicza i z przyjemnością obserowowałam jego rozwój – Tomek potem jeździł po świecie pracując zdalnie i pisząc o tym bloga, a teraz pisze na blogu Tam gdzie chcę ( w moich ulubionych z boku) i prowadzi szkolenia ułatwiające pracę zdalną, nie tylko dla chcących wyjechać daleko.

Potem poszłam posłuchać Maćka Budzicha , który opowiadał o kryzysach we współpracy blogerów z reklamodawcami, podając konkretne przykłady , stopniując kryzysy i pokazujac, jak niektóre marki sobie z nimi radzą. Ostrzegał też przed wywoływaniem na siłę tych kryzysów w celu zdobycia popularności ( i podniesienia statystyk – wraca słowo kluczowe relacji 🙂

To były najciekawsze prelekcje, na których byłam, zaliczyłam też kawałek panelu o drodze do popularności ( statystyki 🙂 , potem oddałam się w objęcia networkingu. Ciekawe, że na konferencji spotkałam sporo znajomych …z Poznania, których dawno nie widziałam, ale przede wszystkim moją nową znajomą Magdę , poznaną w sieci na niedzieli dzielenia u Andrzeja Tucholskiego . To była jej pierwsza tak duża konferencja i czuła się jak ryba w wodzie . Nasze wspólne zdjęcie na ściance Lidla przyniosło mi nagrodę w postaci książki ” Jeść zdrowiej” .

Z kilinarnych akcentów, prócz kawy barrrdzo potrzebnej było smaczne musli, a konkurencją dla mojego ciasta – muffinki na stoisku Ceneo.

Jakże cieszyłam się, że jestem w mniejszości ( znów statystyka) i do Lidlowych Food tracków nie musiałam stać w długiej kolejce po jedzenie wege , bo mięsożerców było znacznie mniej . Zajadałam grillowane mięso oglądając pokazy skoczków na trampolinach i rozmawiając z nowo poznanymi blogerkami.  Nie odważyłam się na skoki, za to z podziwem oglądałam je wykonaniu Janiny następnego dnia w relacji.

Byłam tylko jeden dzień, bo nadal zmagam się z poświąteczną infekcją i zebrałam siły  na krótko. Po południu poszłam na Plac Wolności , bo tam trwał Spring Break Festiwal , wieczorem był koncert Korteza a ja jak zwykle w Poznaniu byłam umówiona z jego ekipą na spotkanie z kartonem mojego ciasta. Tak, tego samego, co dla blogerów , które przechował dla mnie syn. Już wczoraj na blogu ukazała się relacja z koncertu, wzbudziła spore zainteresowanie , cieszy mnie to, bo wykorzystałam w jej pisaniu wiedzę z prelekcji 🙂

Dla tego spotkania i koncertu poświęciłam rewelacyjne warsztaty nalewkowe z Michałem Bonarowskim , zastąpił mnie bieglejszy w tym temacie autor bloga Najsmaczniejszy.com.pl 🙂

Na after party było piwo od Perły i wino od Lidla , piłam to drugie rozmawiając i słuchając muzyki . DJ dawał radę, a tu nagle  zabrzmiały znane ( ponoć klasyczne) przeboje rodem z Disco Polo… Rozmowa zeszła więc na muzykę i to nie tylko na sali… Byliśmy zdegustowani tym, że konferencja na takim poziomie wykładów i prelekcji daje nam taką muzykę do słuchania i tańca…. Przy myciu rąk w łazience zgadałam się na ten temat z sympatycznymi dziewczynami , na to nadeszła kolejna, która słysząc naszą rozmowę ucieszyła się , bo i ją gnębił ten problem. Wymieniłyśmy się adresami blogów i spontanicznie zawiązałyśmy nieformalną grupę ‚Kobiety z toalety” sprzeciwiającą się Disco Polo na blogowych konferencjach 🙂 Ot, networking po sporej ilości wina 🙂

Bardzo żałuję, że nie mogłam być drugiego dnia , ale ten pierwszy naładował mnie pozytywną energią i zachęcił, przede wszystkim do dalszego pisania i ocieplił wizerunek statystyki po traumie ze studiów 🙂

 

Lecznicze ciasto na koncert Korteza w Poznaniu

Dwa dni temu wszyscy fani Korteza trzymali za niego kciuki podczas gali polskich nagród muzycznych – Fryderyków. Jego piosenka z drugiej płyty „Dobry moment” została uznana za przebój roku. Kilka dni wcześniej – w sobotę 21 kwietnia Kortez koncertował w Poznaniu w ramach Spring Break Festiwal. Był to poniekąd koncert historyczny – trzy lata wcześniej był tam jako mało znany jeszcze atrysta, w tym roku jego koncert przyciągnał tłumy fanów. Poza tym – juror Must by the music, który odrzucił Korteza podczas konkursu, lider Comy występował dwie godziny wcześniej i ani nie widziałam tłumów podzcas koncertu, ani wielu chętnych do rozmowy , autografów i fotek po koncercie. A Korteza jak zwykle otoczyły po koncercie tłumy. A przed koncertem dostał niezwyły prezent od zwariowanych na jego punkcie fanek i fanów 🙂

Kilka tygodni wcześniej zostałam wciągnięta w akcję fanów Korteza, zapoczątkowaną przez Agnieszkę ( na zdjęciu po lewej ) , która najpierw zrobiła dla Korteza specjalny kalendarz a gdy się spodobał młodemu atryście – postanowiła zrobić dla niego foto książkę ze zdjęciami fanów . Są to zarówno zdjęcia , które wielbiciele robili sobie z nim jak też i fotografie z koncertów, na których byli. Książka ma tytuł „Pocztówka z kosmosu” – bo właśnie tam podróżujemy my fani słuchając Korteza i doznając niezwykłych emocji.

Ja tych zdjęć mam sporo, choć nie z każdego koncertu, na którym byłam. Czasem wolę poświęcić czas na rozmowę z tym niezwyklym chłopakiem, który potrafi słuchać ludzi jak mało kto i to jest jedna z tajemnic jego sukcesu . Agnieszka wybrała z moich zdjęć te najstarsze (m. in. z koncertu Korteza solo, w Kleszczewie) plus ostatnie, z nowo poznaną fanką. „Moja strona” w książce dla Korteza wygląda tak :

Ciasto na ten koncert było specjalne, bo dwa dni wcześniej wszyscy fani martwili się chorobą atrysty . Nie odwołał koncertów, lekarze postawili go na nogi i mógł się z nami spotkać. Do drożdżowego ciasta z serkiem waniliowym, do którego zwykle dodaję łyżkę smakowago alkoholu – tym razem wlalam kilka łyżek leczniczej nalewki z kwiatów dzikiego bzu, pod kruszonkę wrzuciłam też suszoną żurawinę.

Kortez z ekipą spróbowali go po koncercie, ale dostałam w odpowiedzi na wrażenia z wydarzenia wiadomość, że smakowało. Dla miłośników konkretnych smaków zrobiłam też placek ziołowy, z suszonymi pomidorami , podobny do tego, co jest na blogu.

A przed koncertem znalazł dla nas czas , Agnieszka z Wojtkiem i zaprzyjaźnione małżeństwo fanów, Tomek i Daria ( panowie są autorami większości zdjęć w książce i tych we wpisie, na których ja jestem) wręczyli Kortezowi prezenty – książkę i kalendarze dla reszty Zespołu. Jak Kortez to zobaczył, to zawołał – no, wariaci jesteście 🙂 A my na to, że to wszystko dzięki niemu, jego muzyce i emocjom, które nam przekazuje 🙂

Sam koncert był jak zwykle magiczny, każdy z nich jest inny i to nie tylko dzięki nowym piosenkom. Dawno nie słyszałam na  żywo „Ludzi z lodu”, których uwielbiam za ulotność tekstu i muzyki, Zostań w wersji z Zespołem zabrzmiało niesamowicie, po raz pierwszy też usłyszałam „Hej Wy ” i zrobiło na mnie duże wrażenie. Obliczyłam, że to był mój 13 koncert i wyjątkowo szczęśliwy, również dzięki nowo poznanym fanom i ich akcji 🙂

Nad Placem Wolności w Poznaniu świecił mocno księżyc i potęgował nastrój muzyki i świateł. Dla mnie jak zwykle najważniejszy był wokal Korteza, uwielbiam jego pełen ciepła głos, zarówno jak śpiewa, jak i gdy mówi.

Tego dnia w Poznaniu było wielkie blogerskie święto ( Blog Conference Poznań, napiszę o tym niebawem) , na koncert i spotkanie z fankami i ich mężami urwałam się z warsztatów nalewkowych, ale warto było. Po koncercie to oni jeszcze ciepło z nim rozmawiali a ja udałam się na after party tuż przed końcem koncertu i oto, co zobaczyłam po drodze : Po drugiej stronie ogrodzenia stało sporo zasłuchanych i zapatrzonych w grę świateł ludzi, obok na przystanku tramwajowym pasażerowie wysiadali i zamiast iść dalej w swoich sprawach , zatrzymywali się zasłuchani… Przechodnie na idącej wzdłuż Placu ruchliwej ulicy 27 grudnia też zwalniali i słuchali a nawet wzdychali pod świecącym księżycem… Kortez zaczarował wieczorny Poznań… Nie ma się więc co dziwić, że jego fani są mu tak wierni , a wtorkowy sukces z Fryderykiem był dla nich wielkim świętem .

Pokaz kulinarny z produktów Mleczarni Jana w Pasteli

 

KIlka tygodni temu miałam przyjemość zobaczyć i spróbować, co z produktów Mleczarni Jan wyczaruje jeden z moich ulubionych kucharzy, Marcin Michalski z poznanskiej Restauracji Pastela. Relacja jest z pewnym poślizgiem ( spadek mojej formy) , ale tym bardziej warto jeszcze raz przypomnieć sobie te miłe i smakowite chwile.

Mleczarnia Jana ze Środy Wlkp ma dużą tradycję na polskim rynku, działa od 1885 roku. bardzo lubię ich maślankę ( szczególnie latem do koktajli) i twaróg wędzony, który pokazany w jednym z blogowych wpisów z 2010 roku wzbudził zainteresowanie blogerek, które go nie znały.

Marcin zaczął od przygotowania sernika z twarogu śmietankowego , bo to wymagało najwięcej czasu. Efekty pokażę na końcu relacji, teraz przejdę do przystawki , a była to poznańska tradycyjna pyra z gzikiem, na twarogu półtłustym . Jesli to proste danie można nazwać doskonałym, to właśnie takie było – mniam 🙂

 

Od niektórych znajomych słyszałam o wielkopolskiej polewce na maślance, która ma zarówno amatorów jak i hejterów 🙂 Ta w wykonaniu chefa Pasteli była wypasiona, na kiszonej w maślance dyni. Marcin robi wiele eksperymentó z kiszonkami, zwykle bardzo udanych – watro iśc do Pasteli, by się o tym przekonać 🙂 Kremowa polewka z kiszonej dyni z dodatkiem palonego masła mnie bardzo smakowała 🙂

 

Potem były placki z batatów, podobne do ziemniaczanych, z ciasta z dodatkiem maślanki, nieco wilgotne a z zewnątrz chrupiące. Podane zostały z twarożkiem, suszonymi pomidorami i maślano-cytrynowym sosem.

dav

Dalej się działo ! Do deseru, serowych placuszków były flambirowane gruszki, ogień poszedł aż miło, ale został opanowany we właściwy sposób 🙂

 

A oto i deser , wzbogacony smakiem skórki pomarańczowej :

 

I na koniec nadszedł oczekiwany sernik, który okazał się pyszny i puszysty , twaróg śmietankowy Jana doskonale się sprawdził :

 

Degustacji towarzyszyły wesołe rozmowy o kulinarnych zwyczajach , między ekipą Jana, Gospodynią Pasteli i blogerami – była jeszcze Agnieszka ze Studni Smaków i Piotr z Najsmaczniejszy  oraz nowo poznana autorka bloga osobistego, Magda.Przy pysznościach na bazie produktów Mleczarni Jana bardzo miło nam się rozmawiało , nie mogę się już doczekać lata i owoców, by poszaleć z koktajlami na bazie maślanki 🙂

dav

 

 

 

Wielkanocna kuchnia Sokołowa – relacja z warsztatów

wielkanocna kuchnia Sokołowa
wielkanocna kuchnia Sokołowa

Kilka dni temu miałąm przyjemność uczestniczyć w warsztatach w Woli Suchorzebskiej, by zobaczyć co proponuje wielkanocna kuchnia Sokołowa. Produkty tej firmy są znane ze swoich doskonałych smaków, chef Dominik Moskalenko pokazał nam, co można niebanalnego z nich wyczarować, by urozmaicić świąteczny stół. Najpierw próbowaliśmy samych wędlin i kanapek z nowością firmy- pastami warzywnymi z serii ‚Z gruntu dobre”, słuchając jednocześnie wykładu na temat pochodzenia świąt wielaknocnych historyka,dr Michała Chroptianego . O tym, dlaczego to jest ruchome święto (  niedziela po pierwszej wiosennej pełni księżyca) akurat wiedziałam, z „Mistrza i Małgorzaty”, bo tam pierwsza wiosenna pełnia odgrywa szczególna rolę . Ale reszty ciekawostek wysłuchałam z przyjemnością, podjadając sokołowskie przysmaki.

Potem Chef zabrał nas do kuchni, przedstawił cztery dania, które mieliśmy przyrządzać i rozdzielił zadania na grupy .

Pierwsza grupa robiła schab podany w podwójnych plastrach z nietypowym sosem tatarskim. Wędzony i pieczony ( Naturrino) schab Sokołowa przekładaliśmy miksowamym tuńczykiem w zalewie z dodatkiem niewielkiej ilości majonezu i tego, co w sosie  tatarskim zwykle bywa. Ja bardzo lubię połączenie mięsa i ryby, jak dla mnie- pycha 🙂

Druga grupa robiła danie na bazie białej kiełbasy, też bardzo ciekawe. Kiełbasa była podsmażona na maśle z cebulą ( i dodatkiem piwa, to był mój pomysł) , połączona z tłustym białym serem, doprawiona pieprzem i tymiankiem .

To było nadzienie do ciasta francuskiego, a po nacinaniu wyszły z tego doskonałe paszteciki.

Trzecim daniem była necówka –  polędwiczka zapieczona w mielonym mięsie otoczonym siatką z boczku – wykorzystaliśmy do niego cienkie płaty surowego wędzonego boczku, nowego produktu Sokołowa. Do mięsa dodane były posiekane i przesmażone z cebulą pieczarki. Rolada podana na pieczonych batatach smakowała wyśmienicie.

Grupa, w której ja  pracowałam robiła inną roladę, z wołowej bawety w sosie pieczeniowym z warzywami i ziołami .

ten przepis przytoczę dosłownie :

a wyszło to tak :

Gotowanie pod okiem Dominika Moskalenki przebiegało sprawnie i sympatycznie. Potem była prawdziwa uczta z przygotowanych potraw. Wszystko smakowało doskonale a ja na pewno wykorzystam nowe pomysły na wielaknocny stół.

Karnawałowe racuszki na koncert Korteza

Na kolejny koncert Korteza , który odbył się w ubiegłą niedzielę nie miałam daleko, mogłam się więc wykazać kulinarnie w całej okazałości. To był koniec karnawału a moją specjalnością w tym czasie są drożdżowe racuszki , nasmażyłam więc na świeżo ich sporą ilość. Dodałam do ciasta serek waniliowy, sok z mandarynki i mój tajny składnik odziedziczony po Mamie – łyżkę smakowego alkoholu. Tym razem była to aromatyczna nalewka z dzikiego bzu , zgodna ze słowami przeboju ” Z imbirem ” – sypnęłam cukru, narwałam bzu , przemacerowała się od lata i teraz bardzo się przydała . Racuszki w kartonie wyglądały imponująco 🙂

Są zrobione z tego przepisu, z dodatkami, o których wspomniałam. Jak zwykle spotkałam się z ekipą Korteza przed koncertem, by dostarczyć muzykom „bombę kaloryczną ” . Smakowały wszystkim , najbardziej Kortezowi, który zamówi sobie powtórkę przy następnej okazji. Spodobała mu się też regionalna nazwa tego specjału, bo na moich rodzinnych Kujawach mówi się na nie „ruchanki”, od ruszającego się przy smażeniu drożdzowego ciasta.

Bomba kaloryczna chyba podziałała, bo na koncercie artysta wraz z towarzyszącymi mu muzykami dał z siebie wszystko .

Zaczęło się jak zwykle spokojnie i nostalgicznie przy gitarze, potem wokalowi Korteza, który uwielbiam towarzyszyła muzyka bardzo różnorodna i dynamicznie się zmieniająca – Kortez kilka razy przenosił się od gitary do pianina, podobnie Doman a Olek wraz z pomagającym mu Robertem zwanym Miśkiem instrumentalnie brzmiał za pół orkiestry. W pewnym momencie ( chyba przy nowym kawałku „Już nie pamiętam” ) Kortez siadł do pianina jednocześnie trzymając gitarę ! To była bardzo melodyjna i nastrojowa piosenka , aż zachęcała do przytulanego tańca… Nowe było też bardzo emocjonalne i rytmiczne „Czy to już dno” . Nie mogę sie doczekać studyjnych wersji nowości, by ich spokojnie posluchać i wyłapać wszystkie niuanse.

Jak już pisałam w relacji z Poznania , piosenki z nowej płyty na koncercie przeplatają się z tym z pierwszej, tworząc niezwykły klimat . Po kilku najbardziej emocjonalnych przychodziły te lżejsze, nastrój był odpowiednio rozłożony i cały koncert zostawił niezapomniane wrażenie. Mnie jak zwykle łzy zakręciły się przy Zostań... Na koniec było kilka solowych bisów Korteza, takie kameralne wykonania mają swój specyficzny urok.

Po koncercie i chwili oddechu Kortez jak zwykle spotkał się z fanami. Dla mnie tym razem były to też niezwykłe chwile, bo podczas koncertu jedna z fanek ( znała piosenki na pamięć, bo nuciła je ale na koncercie była po raz pierwszy) …rozpoznała mnie za zdjęć z fanowskiej grupy Korteza , jako „panią od ciasta” . Szybko przeszłyśmy na ty, wymianiłyśmy wrażenia , opowiedziałyśmy sobie o emocjach jakie nam towarzyszą przy słuchaniu muzyki Korteza i zrobiłyśmy sobie zdjecia, wspólne i z artystą 🙂

Na drogę zostawiłam jeszcze ekipie Korteza placek szpinakowy, wytrawny, bo kiedyś wspomniałam , że taki robię i wzbudził zainteresowanie . Zimowo-wiosenna trasa koncertowa Korteza jest bardzo wyczerpująca, ale cieszy się powodzeniem, bo bilety rozchodzą się błyskawicznie . Muzycy pracują wciaż nad nowymi brzmieniami, miałam szczęście wejśc pod koniec próby i słyszałam jak coś zabrzmiało inaczej, lepiej i zostało już włączone do koncertu.

Przepis na podobny placek jest tutaj, ten był z dużą ilością ziół i suszonymi pomidorami. To, co zostało zjedzone po koncercie spotkalo się z pochwałą. Ciesze się niezmiernie, że realne efekty mojego blogowania i gotowania zostają docenione w tak niezwykłych okolicznościach. Relacje z poprzednich koncertów z akcji z ciastem można zobaczyć tutaj .

Do zobaczenia na trasie 🙂

 

 

 

Restauracja Złoty Róg w Kostrzynie – menu degustacyjne

Czasami powrót kucharza do rodzinnego miasta daje bardzo ciekawe efekty. W restauracji ZŁoty Róg w podpoznańskim Kostrzynie od dwóch miesięcy szefem kuchni jest pochodzący z tego miasta Piotr Markowski, który doświadczenie zawodowe zdobywał za granicą a w Poznaniu wykorzystywał je m. in. w Blow Up Hall 5050 czy nie istniejącej już Jadalni. W kostrzyńskiej restauracji, pełniącej wiele funkcji ( duże imprezy, menu barowe, okolicznościowe ) ma spore pole do popisu a dzięki jego niewątpliwym talentom kulinarnym restauracja w zabytkowym budynku przy rynku może przyciągnąć wielu klientów.

Spotkaliśmy się tam blogerską grupą by wraz z innymi gośćmi właścicieli restauracji wyrobić sobie opinię o tym miejscu. Przy okazji ( dziękuję Gosi ze Smaków Alzacji za zaproszenie) mogliśmy nieco powspominać, bo od 2012 roku tych spotkań było sporo a ostatnio mają tendencję malejącą… I jak zwykle od razu skupiliśmy się na zdjęciach do relacji , bo taka już nasza specyfika 🙂

Menu degustacyjne było bardzo różnorodne, bardzo smaczne i przy tym lekkie, mogłam więc bez wyrzutów sumienia próbować wszystkiego przy mojej kolejnej próbie jedzenia mniej kalorycznie. Już pierwsza przystawka ( zdjęcie pierwsze w relacji) – łosoś islandzki marynowany w cytrusach z musem z rokitnika i jabłka , z chipsem jaglanym zachwyciła mnie smakiem – cytrusowe nuty łososia wzmocnione rokitnikowym musem dawały uczucie niezwykłej świeżości.

Ciepła przystawka , wątróbka z sarny też wiele zyskała dzięki dodatkowi puree z gruszki konferencji i chrupiącego orzechowego chlebka. Wprawdzie fanką chipsów i tego typu dodatków do dań to ja nie jestem, ale wszelkie musy, emulsje i puree w wykonaniu Piotra Markowskiego były rewelacyjne, w naszym kącie stołu nazwaliśmy Chefa „Mistrzem musów” 🙂

Kolejny mus, czyli zupa-kem z topinamburu powalił nas na kolana. Smakował rewelacyjnie, a kasztany prażone na palonym maśle były doskonałym dodatkiem .

złoty róg zupa
złoty róg zupa

Ryby to to, co lubię szczególnie , z radością powitałam więc kolejne danie- pieczoną polędwicę z dorsza podaną z chrupiącą posypką z pistacji, z dodatkiem zjawiskowego w smaku veloute z zielonej pietruszki i jarmużu. Ryba była bardzo delikatna,  słone pistacje podostrzały jej smak a zielony esencjonalny sos doskonale wszystko uzupełniał. Pyszne to było bardzo:)

złoty róg ryba
złoty róg ryba

Od jakiegoś czasu zauważyłam, ze francuski zwyczaj podawania lodów między daniami głównymi sporej biesiady przyjął się i u nas w dobrych restauracjach. Wprawdzie mieliśmy do dyspozycji porcje degustacyjne, ale dań było sporo, więc z chęcią zrobiliśmy sobie miejsce na kolejne kulinarne doznania za pomocą lodów jogurtowych z – uwaga – musem z rokitnika, kolejny mus i znów znakomity 🙂

złoty róg lody
złoty róg lody

Daniem głównym był comber jagnięcy , z kolejną emulsją- z pasternaku , podany z kaszą orkiszową. Mięso miało doskonałą konsystencję, sos z niego bardzo esencjonalny, kasza orkiszowa kremowa jak w zapowiedzi a  pasternak w tej postaci smakował także tym, którzy go normalnie nie lubią. Wszystko harmonijnie do siebie pasowało , przy stole wywiązała się dyskusja o korzystnych właściwościach kasz i ich przewagą nad popularnymi w Wielkopolsce ziemniakami. Jagnięcina jako mięso też się spotkała z dużym uznaniem, co zapewne ucieszy propagatorów tego mięsa z moich rodzinnych stron.

złoty róg comber jagnięcy
złoty róg comber jagnięcy

Deseru spróbować już nie zdążyłam , mimo, ze wydawało się że mam dość czasu na wszystkie dania ( ja jak Kopciuszek muszę czasem wyjść wcześniej z imprezy, by zdążyć na ostatni bus z Poznania do domu) , w sumie nie wiem, czy bym go nawet zmieściła. Dostałam zdjęcie od Gosi a z relacji reszty uczestników słyszałam, że mus czekoladowy z bezą i sałatką z mango i chili smakował wszystkim jak i pozostałe pyszne musy 🙂

W miedzyczasie rozglądałam się po restauracji, spojrzałam w menu, zauważyłam, że jest osobne barowe i to bardzo ciekawe. Ważne jest, że w tej restauracji dania są z wysokiej półki a ceny dostosowane do specyfiki niedużego miasta i to wróży temu lokalowi  powodzenie . Jeśli będziecie przejazdem w Kostrzynie zajrzyjcie tam na pewno , a i specjalnie z Poznania warto się tam wybrać na rodzinny obiad czy spotkanie przyjaciół. Zapraszam także na relację kolegi, który poświęcił też deser, by mnie dowieźć na czas do Poznania . To niedaleko 🙂

 

Jak smakuje Podlasie – kulinarna podróż

podlasie

Podlasie to region Polski, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Z wielką przyjemnością przyjęłam zaproszenie od Huberta Gonery z Landbrand na podróż studyjną by poznać smaki tych ciekawych miejsc. Trochę je już znałam, bo któż nie słyszał o serach korycińskich czy kartaczach . Teraz jednak powstaje projekt szlaku kulinarnego łączącego poznawanie przyrody i architektury Podlasia ze smakowaniem tego, co w tym regionie jest najlepsze. Zostaliśmy tam zaproszeni przez Marszałka województwa podlaskiego, którego przedstawicielka powitała nas na miejscu :

Gościło nas Białowieskie Sioło, urocze miejsce z ciekawą historią i pięknymi drewnianymi domkami, ktore powstały z pasji Gospodarza do budowania i gromadzenia regionalnych pamiątek .

podlasie

Spotkaliśmy się tam ( grupa blogerów i dziennikarzy z Gdańska, Warszawy i Poznania) z lokalnymi wytwórcami, którzy z właściwą ludziom Podlasia gościnnością częstowali nas swoimi wyrobami. Kiszonki państwa Sienkiewiczów zainteresowały mnie bardzo, bo to i moje hobby – kwas burakowy był doskonały , kapusta kiszona w całości rewelacyjna a ogórki przypominały smakiem te, które sama robię . Ekologiczne warzywa w słoiczkach p. Rydzewskich też świetnie smakowały.

Na początku spróbowaliśmy lokalnego wina produkowanego z miodu,z Miodosytni podlaskiej Dawida Olesiuka, robionego z  dodatkiem trawy żubrowej.

 

 

Ja uwielbiam sery, więc z wielką przyjemnością spróbowałam zarówno tych korycińskich od p. Bielec, jak i tych z Wiżajn.

Lokalne wędliny z masarni Protasiewicz, Kolinek i Leśnego Dworku nie ustępowały jakościom serom :

Na przygranicznych terenach Podlasia, „początku Polski” jada się sporo baraniny i jagnięciny, miałam więc nieco doświadczeń do wymiany z warsztatów z moich rodzimych terenów i z przyjemnością rozmawiałam o tym z ich wytwórcą z agroturystyki „Na końcu świata „.

Każdy z wytwórców opowiadał z pasją o swojej pracy i jej efektach, oczywiście wszystkiego próbowaliśmy i wymienialiśmy wrażenia. Serom, wędlinom , kiszonkom i przetworom warzywnym towarzyszyły pyszne chleby  a także doskonałe lokalne oleje :

 

Oczywiście blogerzy nie tylko degustują, podczas warsztatów kulinarnych prowadzonych przez „ambasadorkę ” smaków Podlasia Joasię Jakubiuk robiliśmy pierogi i kartacze. Joasię poznałam dwa tygodnie wcześniej w Toruniu podczas Święta Katarzynek i żadna z nas nie myślała o tym, że się tak szybko spotkamy 🙂

Asia jest nazywana królową pierogów, pokazała nam swoje ciasto ( tylko mąka, sól i letnia woda) i kilka farszów z wykorzystaniem lokalnych darów natury, wędzonej ryby, śliwek, ziemniaków z serem i pokrzywą i trochę z mięsem , takim jak do kartaczy.

Ja kartacze znałam i robiłam, teraz więc z ochotą poznałam nieco inny rodzaj ciasta a i farsz z grzybów i kiszonej kapusty był bardzo ciekawy .

Ze słodkości lokalnych poznaliśmy ciasto marcinek, nie mające nic wspólnego z poznańskimi rogalami. To blaty kruchego ciasta poprzekładane bitą śmietaną, słodką i kwaśną. Po kilku ( nastu) godzinach jest doskonały , dobrze się kroi i ciekawie smakuje .

Wieczorem czekała nas uczta z tego, co ugotowaliśmy i lokalnych przysmaków. Pan Sergiusz, gospodarz Białostockiego Sioła poczęstował nas mięsną kiszką ( wypasiona wersja ziemniaczanej) i opowiadał z pasją o historii miejsca, w którym nas gościł.  Przy przysmakach i napitkach ( domowe nalewki i żubrówka, a jakże ) integrowaliśmy się z gospodarzami regionu .

 

Dostaliśmy na drogę liczne podarunki z lokalnych produktów, u mnie część będzie ozdobą świątecznego stołu. Przyprawy , herbatki i słoiczki od darów Natury i Ziołowego Zakątka na pewno też się przydadzą.

Nocowaliśmy w wygodnych, stylowych  pokojach drewnianych domków Białostockiego Sioła , nazajutrz po śniadaniu z miejscowych przysmaków pojechaliśmy do Dworu Batrnika na zaproszenie jego gospodarzy . Tam po wysłuchaniu kolejnych historii obejrzeliśmy pałacowe niemal wnętrza i niezwykłe zbiory powiązane z pasją gospodarza, pszczelarstwem. Było tam wszystko z motywem pszczół, zdjęć zrobiłam wiele, dodam to, które spodobało mi się najbardziej 🙂

 

Dwór mieści się w Narewce, w pobliżu jedliśmy obiad w Bojarskim Dworze o ciekawym wystroju :

 

Tu próbowalismy dziczyzny, gulaszu z jelenia , babki ziemniaczanej i pysznego pasztetu , na deser był sękacz , którego smak został w pamięci na długo. Dostaliśmy kolejne podarunki od Starostwa Hajnówka, którego przedstawicielki ciekawie opowiadały o walorach turystycznych tego powiatu.

 

Ja zostałam do następnego dnia w Białymstoku, w gościnie u znajomego blogera i przy okazji zobaczyłam to miasto, które widziałam po raz pierwszy.

Podlasie jest niezwykle uroczym regionem, pełnym pysznych smaków . Mam nadzieję, że kulinarno-turystyczny szlak będzie odwiedzało wielu turystów, warto poznać zarówno region jak i jego gościnnych mieszkańców.