Archiwa kategorii: Relacje

Piernikowe laboratorium – relacja z warsztatów

piernikowe laboratorium
piernikowe laboratorium

Piernikowe Laboratorium to cykl warsztatów prowadzonych przez Muzeum Toruńskiego Piernika , które ma pokazać, jak mozna wykorzystać  piernik kulinarnie, nie tylko w formie słodyczy. Pochodzenie tego ciastka jest związane właśnie z jego istotą – korzennymi przyprawami. Były one w dawnych czasach drogie, sprowadzane z daleka – utrwalenie ich za pomocą miodu i żytniej mąki pozwalało dłużej cieszyć się ich właściwościami. Piernikowe Laboratorium jest właściwie powrotem do źródła – piernik jest wykorzystywany jako smakowy dodatek do dań i to niekoniecznie słodkich.

Przy okazji wykorzystywane są przepisy z dawnych książek kucharskich, które teraz, dzięki działalności Profesora Jarosława Dumanowskiego , historyka zajmującego się kulinariami z UMK, są wydawane z odpowiednim komentarzem historycznym przy pomocy Muzeum Króla Jana III w Wilanowie.  Na warsztatach 3 października , które prowadził Maciej Barton, chef w Ostoja Chobienice robiliśmy dania m.in. z książek „Kucharz doskonały. Sekrety kuchmistrzowskie Wojciecha Wielądki”, „Staropolskie przepisy kulinarne ” – zbiór od  XVI do XVIII wieku i prezentowanego kiedyś na moim blogu „Kucharza Wielkopolskiego ” – repirintu z 1876 roku.

Zaczęliśmy od zupy wiśniowej z dodatkiem katarzynek moczonych w winie. Zupa wiśniowa jest w niemal każdej dawnej książce kucharskiej, był to bardzo popularny przepis. Smakowała wyśmienicie.

Dodatkiem do niej były wiśnie w zalewie słodko-kwaśnej, jeden z darów od lokalnych wytwórców, którzy chętnie wspomagają warsztaty swoimi przetworami.

Kolejną zupą była czernina, ugotowana na drobiowym bulionie , z dodatkiem mięsa i podrobów. Chef Maciej doprawił ją octami od p. Siadaka spod Torunia, słynnego wytwórcy domowych octów i musztard, również takich z piernikowymi przyprawami.

Do czerniny dodawaliśmy polne gruszki w octowej zalewie , piklowane śliwki i słodko-kwaśne wiśnie. Ocet z kwiatów bzu dodał jej nie tylko smaku, ale i niezwyklego aromatu. Dodatkiem dosmaczającym czerninę był stary na tarce piernik gastronomiczny , nadający zupie korzennej ostrości. Ale to było pyszne !

W międzyczasie w piekarniku piekły się pokrojone w kostkę warzywa , dodatek do sandacza. On też był przygotowany krótko w piekarniku i podany z kaszą orkiszową . Na samym końcu ryba zostałą posypana startym piernikiem, co bardzo ożywiło jej delikatny smak.

Na deser ugotowalismy gruszki w syropie różanym i winie. Zostały podane z konfiturami, sosem czekoladowym i sosem piernikowo-winnym. Razem z kawą piernikową ( dla chętnych wzmocnioną piernikowym syropem) był to prawdziwie królewski deser.

Gotowanie na warsztatach przebiegało w sympatycznej atmosferze, ja opowiadałam m.in. o koncercie, na którym byłam dzień wcześniej ( pytano mnie, co Kortez najbardziej lubi – oczywiście serniczek  a ja wspomianłam też energetyczne Panieneczki , śpiwewjące foklor kujawski w nowoczesnym wydaniu) . Myślę, że każdy docenił wartość piernika jako dodatku i przyprawy do różnych potraw. Nauczyliśmy się też wykorzystywać różne octy i owocowe przetwory. Mnie szczególnie zainteresowały octy akacjowy i śliwkowy, bo takie robiłam w tym roku sama. Śliwkowy miał bardziej owocowy smak, za to akacjowy był kwaśniejszy, niż mój. Staropolskie zupy i desery, w których słodko-kwaśny smak był dominujący,  we współczesnym wydaniu  z tymi dodatkami bardzo nam smakowały.

Do zobaczenia na kolejnych warsztatach Piernikowego Laboratorium !

See Bloggers Łódź 2018 – relacja z dystansu

see bloggers łódź
see bloggers łódź

Wprawdzie od największej blogerskiej imprezy, która w tym roku przeniosła się z Gdyni do Łodzi minął już ponad miesiąc, ale wspomnienia o niej żyją we mnie cały czas. Do relacji , mimo permamentnego braku czasu zmobilizował mnie kończący się właśnie Poland Rock Festiwal, bo właśnie końcowe wystąpienie Jurka Owsiaka zrobiło na mnie największe wrażenie – przyznam, że w pewnym momencie poszły mi łzy ze wzruszenia. Tym bardziej, że wiedziałam, że gdzieś w pokazywanym tłumie jest moja córka i jej przyjaciele.

To był mocny akcent na zakończenie, ale i w trakcie dwudniowego See Bloggers było ich wiele. Znane postaci z polskiej kultury odkryły Internet jako nowe źródło przekazu i dlatego mieliśmy przyjemność uczestniczenia w ciekawych wywiadach i rozmowach. O tym, jak radzi sobie na Instagramie opowiadała żywo i z humorem Kasia Nosowska, która potrafi doskonale bawić się tym nowym narzędziem jednocześnie przekazując wartościowe treści.

A wieczorem pierwszego dnia dała czadu podczas koncertu, prezentując utwory ze swojej najnowszej płyty i te najpopularniejsze. Oj, to było przeżycie 🙂

 

Swój kanał na You Tube prowadzi tez druga mega gwiazda goszcząca na See Bloggers, Urszula Dudziak. Wywiad z nią to było prawdziwe show w wykonaniu artystki, ma doskonały kontakt z publicznością nie tylko gdy śpiewa.

 

Tak się zastanawiam, czy popularność na Instagramie czy w innych sieciowych formach  znanych gwiazd to tylko efekt ich osobowości czy też odbicie popularności wynikającej z działań atrystycznych. Na pewno to drugie sporo pomaga w generowaniu ilości wyświetleń. „Zwykli” blogerzy muszą sobie zapracować na to sami 🙂 Właśnie jednego z nich, któremu kibicuję obserwując od kilku lat jego rozwój, spotkałam zasiadając na stoisku Intercity. Tomek prowadził najpierw bloga o autostopie, teraz pisze i pracuje „Tam, gdzie chce „( blog u mnie z boku w ulubionych ) , prowadząc szkolenia dla ludzi, którzy tak, jak i on chcą pracowac zdalnie i mieszkać albo gdzieś daleko , gdzie utrzymanie niedrogo kosztuje ( był w Bangkoku i w Dominikanie ), albo w małych miejscowościach w Polsce , z dala od zgiełku wielkich miast.

Spotkanie z Tomkiem przyniosło mi szczęście, bo tak od niechcenia, skupiona bardziej na rozmowie z nim, wzięłam udział w konkursie Intercity, wymyślając od ręki hasło – #najlepszespotkaniawpodróży , bo mimo, że Tomek mieszka w Poznaniu, to spotykamy się ostatanio tylko na dużych blogerskich imprezach. I poznaliśmy się w pociągu 🙂 Wygrałam podwójny voucher na podróż Intercity. Przyda mi sie bardzo w kulinarnych podróżach. Tym bardziej, że na praktycznych warsztatach zgłębiłam dzięki prowadzącemu je p. Adamowi podróżny savoir-vivre. Uczestniczyłam też w ciekawych warsztatach o specyfice Szwecji, na kulinarne nie udało mi się dostać, ale podpatrzyłam trochę, co robi Pascal Brodnicki z wołowiną i zapamiętałam praktyczne porady .

 

Ze znajomymi blogerami spotykałam się chodząc między stoiskami sponsorów ( szczegóły na Instargramie grazynagotuje ) i w strefie spotkań, gdzie mogliśmy skorzystać z ciekawych przekąsek ( sałatki rybne i wege Salatino i puddingi dr Oetkera rządziły) i kawy Saeco , ratującej nam życie wśród intensywnych spotkań i rozmów. Z blogerkami kulinarnymi spotkałam się m. in. przy fontannie różowej czekolady 🙂 Oczywiście miałam w torebce ciasto, którym tradycyjnie częstowałam nowych i starych znajomych .

 

Łodź jako miejsce tego wydarzenia ma sporo do zaoferowania, wprawdzie nie byłam na foto spacerze, ale w wolnym czasie zwiedziłam trochę Centrum . Miałam się też wybrać na Songwriter Festiwal, ale po koncercie i imprezie inegracyjnej nie starczyło mi już  sił. Po koncercie w grupie znajomych z poznańskiej i warszawskiej ekipy świętowaliśmy przy drinkach od sponsorów urodziny Adama z Parowaru Faceta ( obecnie realizującego kulinarne pasje w  Food Tracku 🙂

 

Trochę się obawiałam, czy na spotkaniu z taką ilością celebrytów znajdę coś dla siebie, ale jak widać skorzystałam sporo , uczestnicząc też w prelekcjach o portalu Wolne Lektury i obserwując dyskusję o kulturze i czytelnictwie z udziałem m.in. Michała Żebrowskiego i prawdziwych poetów. Przyznam z żalem, że na imprezie hasztagi roku ( próba kontynuacji Bloga Roku) niewielu laureatów znałam – blogosfera jest teraz tak szeroka a moje zainteresowania skupiają się prócz kulinariów na szeroko pojętej kulturze i marketingu . Ale dzięki tej imprezie nadrobiłam znajomość blogosfery, miałam okazję spotkać się ze znajomymi ( niektórych długo nie widziałam) , poznać kilka nowych osób i spędzić dwa dni w ciekawym miejscu i miłym towarzystwie.

 

Pszczyna i Festiwal Śląskie Smaki – relacja

pszczyna zamek
pszczyna zamek

Bardzo lubię kulinarne podróże, toteż kiedy dostałam zaproszenie na wizytę studyjną do Pszczyny w czasie, gdy odbywał się tam Festiwal Śląskie Smaki ( 16 czerwca), bardzo się ucieszyłam. W tym rejonie kraju bywam rzadko , słynnego Zamku nie zwiedzałam , toteż z chęcią poznałam jego atrakcje i historię.  Pszczyna pokazała nam się  najpierw od strony  zamku , wraz z koleżankami blogerkami kulinarnymi z Warszawy i dziennikarzami z Krakowa  zwiedzaliśmy  jego wnętrza. Barokowy kształt budowli po przebudowie zawdzięczamy książętom Hochberg von Pless z Książa , po przebudowie latach 1870–1876 . Budowla i otoczenie są  imponujące, bo wszystko ocalało od zniszczeń wojennych i powojennych.

Największe wrażenie zrobiła na mnie klatka schodowa prowadząca do sali Lustrzanej , gdzie teraz dzięki dobrej akustyce odbywają się niekiedy koncerty . Powstała ona podczas panowania na zamku Hansa Heinricha XI, który zlecił francuskiemu architektowi przebudowę i rozbudowę zamku w barokowym stylu.

Póżniej unowocześnienia wprowadziła najbardziej znana jej mieszkanka, księżna Daisy, Angielka, która poślubiła Hansa Heinricha XV. To ona wprowadziła udogodnienia takie, jak łazienki i małe, prywatne apartamenty. Utrzymywała kontakty towarzyskie z koronowanymi głowami całej Europy i dostosowała zamek do ich wygód.

 

W czasie I wojny światowej zamek ten był siedzibą Cesarza Wilhelma i centrum dowodzenia. To na tych korytarzach oczekiwano na jego audiencje.

Księżna znana była ze swojej urody, sama projektowałą stroje i zlecała je do szycia znanym domom mody, które miały manekiny z jej wymiarami. To do tych strojów nawiązuje wystawa w podziemiach Zamku, pokazująca ubiory inspirowane sztuką.

Park przy pszczyńskim Zamku jest bardzo rozległy, na jego krańcu możemy zobaczyć skansen drewnianych budowli, dawnych wiejskich domów, młyna i innych elementów wiejskiej architektury.

W międzyczasie byliśmy na obiedzie w restauracji Kameralna, serwującej gęsinę – jeden z tematów Festiwalu Śląskich Smaków. Z przyjemnością dowiedziałam się, że chef Piotr Polak korzysta z gęsi owsianych z Kołudy. Jedliśmy to mięso  w formie przystawek i dania głównego, z sezonowymi dodatkami .

Wieczorem na kolacju byliśmy w Wodnej Wieży, gdzie w dawnej wieży ciśnien na dwóch ostatnich poziomach powstała restauracja z doskonałą autorską kuchnią Szymona Bracika. Steampunkowy wystrój stwarza niezwykłą atmosferę, z okien widać niedalekie Beskidy i panoramę całej Pszczyny, łącznie z oświetlonym zamkiem. Jedzenie mi bardzo smakowało,  przypominało klimatem i smakami to, co gotuje w Poznaniu Ernest Jagodziński. Tutaj przegrzebek z sezonowymi dodatkami, który tuż przed podaniem został podlany bulionem dashi, mniam 🙂

Przed rozpoczęciem Festiwalu zwiedzaliśmy inną część pszczyńskiego parku – zagrodę żubrów. Car Aleksander wymienił je z jednym z książąt na 20 danieli i tak stado 6 sztuk dało początek hodowli żubrów w Pszczynie. Gdy te z Białowieży zaczęły chorować, to właśnie żubry z Pszczyny pomogły je ocalić. Teraz chodzą sobie po wybiegu , mogliśmy je podziwiać w porze karmienia.

 

Prócz żubrów są tam i inne zwierzęta, sarny, osiołki, gęsi chodzące „luzem”, powstała tam ścieżka edukacyjna dla dzieci.

Festiwal Smaków otworzył szef jury, znany śląski kucharz Remigiusz Rączka.

 

 

Konkus był przeprowadzony w trzech kategoriach : dla zawodowych kucharzy, szkół gastronomicznych i amatorów – tu byłu m.in. koła gospodyń wiejskich i grupy rodzinne. Pod wielkim namiotem wszyscy wzięli się z zapałem do pracy przygotowując dania regionalne na bazie gęsiny i dziczyzny .

 

Jury nie miało łatwego zadania :

 

 

 

Wśród amatorów wygrało Koło Gospodyń z Wisły podając udko gęsie faszerowane kaszą, tatar z gęsi i zupę gulaszową z gęsich żołądków. Z gastronomików wygrała szkołą z Bielska-Białej serwując grzybionkę, polędwicę z dzika i sernik, konkurs restauracji to zwycięstwo Holliday in z dąbrowy Górniczej, drugie miejsce zajęłą pszczyńska Frykówka , trzecie Enklawa . Oto kilka z konkursowych dań – widać dbałość o estatykę na talerzach :

Potem odbyła się „Bitwa smaków ” miedzy Remigiuszem Rączką a pszczyńskim restauratorem, Markiem Furczykiem, której efekty mogli spróbować uczestnicy festiwalu .

Na koniec dla wszystkich dał oszłamiajace widowisko Zespół Śląsk – widziałam go pierwszy raz i jestem pod wrazeniem zarówno śpiewu jak i tańca .

Następnego dnia zwiedziliśmy bardzo ciekawe Muzeum Prasy Śląskiej , gdzie prócz dawnych maszyn drukarskich ( niektóre są wykorzystywane do dziś, np. do drukowania na czerpanym papierze ) i aparatów fotograficznych zobaczyliśmy pierwsze polskie drukowane pisma ( to ten region dominował w druku) a także wspomnienie Księgi Henrykowskiej z pierwszym polskim zdaniem ( Daj, ac ja pobruszę a ty poczywaj ). Kustosz bardzo ciekawie opowiadał , mogliśmy sobie wydrukować pamiątki i dostaliśmy reprint pierwszej polskiej gazety na Śląsku .

Zwiedziliśmy też niezwykły kościół ewangelicki przy Rynku, wyjątkowo bogato zdobiony – widać książęcy wpływ :

Potem by odpocząć i odprężyć się pojchaliśmy nad pobliskie jezioro Łąckie , popływać na sprzęcie wodnym lub, jak ja – wprost w wodzie . Dla mnie to było najlepsze odprężenie po dwóch intensywnych dniach 🙂

Pożegnalny obiad autorstwa Marka Furczyka zjedliśmy w restauracji Punkt „G”astronomiczny. Było to doskonałe podsumowanie całej wizyty na gościnnej i atrakcyjnej Ziemi Pszczyńskiej, gdzie jest co oglądać, co jeść, gdzie odpoczywać , jak się poruszać ( rowery miejskie i sporo ich stacji, komunikacja miejsko-gminna) . Warto odkryć walory turystyczne Pszczyny i okolic , zwłaszcza w czasie wakacji.

Jagnięcina lokalna bliżej konsumenta

jagnięcina lokalna
jagnięcina lokalna

Wspaniałe są te kotleciki jagnięce, prawda ? Nie jest to importowana jagnięcina z dalekich krajów , tylko z naszych rodzimych ras , o których odtworzenie dbają teraz naukowcy. Na początku marca miałam przyjemność uczestniczyć w naukowej i praktycznej prezentacji programu Biostrateg, realizowanego przez Instytut Zootechniki z podkrakowskich Balic i jego filię w Kołudzie Wielkiej. Ma on za zadanie sprawdzenie walorów kulinarnych polskich ras owiec a także skrócenie drogi od producenta do konsumenta .

 

Praktyczną stroną tej konferencji zajął się pasjonat rodzimej jagnięciny – Piotr Lenart, chciał pokazać restauratorom, że opłaca się współpracowac z hodowcami, bo z jagnięcej tuszy można wyczarować potrawy o wspaniałym smaku, a jeśli się ją mądrze i w całości zużytkuje, to nie musi być to mięso drogie.

Spotkanie odbyło się na gościnnej Ziemi Dobrzyńskiej, w kilku miejscach. Goście nocowali w Glewie, z Zagrodzie pod zachrypniętym kogutem i tam pierwsze przygotowania i rozmowy odbyły się podczas kolacji, którego  głównym tematem był kogut i dania z niego :

Następnego dnia wykłady i degustacja odbyły się w Folwarku Matera w pobliskim Wielgiem . Nie będę tutaj teoretyzować, wspomnę tylko, że w poszukiwaniu ciekawych rodzimych ras owiec, które będą odtwarzane i chronione prof. B. Borys z Kołudy i Piotr Lenart znaleźli i takie, które wypasały się w lesie , niemal na dziko. Teraz pokażę, jakie dania powstały na bazie rodzimej jagnięciny. Na przystawkę było carpaccio z jagnięcego combra, zamarynowanego wcześniej. Cieniutkie plastry smakowały zjawiskowo.

 

O tym, jak efektywnie wykozrystać całą tuszkę przekonał nas barszczyk na jagnięcinie z kołdunami, z mięsa z wywaru :

 

Kołduny były bardzo delikatne a barszczyk esencjonalny. Mięso z wywaru a także końcówki pieczonego trafiły do zjawiskowych w smaku pierogów :

Do dojadania była tuszonka z jagnięciny, do której wykorzystano mniej „konkretne” kawałki mięsa.

 

Prócz kotlecików pokazanych na pierwszym zdjęciu były i takie bez kostki :

 

Każde z mięs było oznaczone, z którego gatunku pochodzi i jego walory smakowe oceniali fachowcy, jak na program badawczy przystało.

Wieczorem goście przenieśli się do legendarnego już królestwa Mirki Wilk – Tradycyjnego jadła. Tam, u laureatki Złotych Półgęsków ( Z Festiwalu gesiny w Przysieku) w bardziej swojskich warunkach próbowalismy jagnięciny w towarzystwie lokalnych dodatków.

Jedliśmy m.in. jagnięce żeberka w kapuście, ziemniaczny placek – szandar , klopsiki – z warzywnymi dodatkami autorsta Mirki i z „Wilczym kłem” na strawienie :

 

Nie zabrakło tez kultowych pierogów, tym razem z gęsiną :

 

Po takiej uczcie każdy restaurator na pewno przekonał się do rodzimej jagnięciny , program, o którego początku pisałam rok temu spełnił więc swoje zadanie. Czekamy na efekty , na razie dania z jagnięciny są jednym z elementów trasy kulinarnej Niech Cię zakole , dostępne są też na lokalnych rynkach w Bydgoszczy, Toruniu i Poznaniu.

Na zakończenie pokażę kawałek „skansenu” Mirki Wilk w Wielgiem, gdzie miałam przyjemnośc nocować . Jest tam pięknie jak w bajce, gospodymi zbiera po całym świecie ( widziałam to podczas wycieczki do Alzacji) ludowe naczynia kuchenne do jego wyposażenia i sama malunkami ozdabia wnętrza.

 

Co lubią wodniacy

rejs
rejs

Każdy kto mnie zna, wie, jak lubię wodę i wszystko, co z nią związane. Czy to rzeka, morze czy jezioro- nad wodę ciągnie mnie od dzieciństwa. Wychowałam się nad pięknym jeziorem, teraz mieszkam w mieście, gdzie są dwie rzeki , chętnie korzystam więc z gościny zaprzyjaźnionych wodniaków, by popływać od czasu do czasu. Na zdjęciu powyżej jest pamiętny rejs -krótka chwila, kiedy siedziałam za sterem jachtu, pod czujnym okiem kapitana i prowadziłam łódkę  po Warcie.

To z kolei jest rejs po Warcie w Poznaniu, w którym uczestniczyłam jako blogerka kulinarna, testując nową miejscówkę – potem robiliśmy na Cyplu wspólne pikniki. Jak zwykle miałam ze sobą ciasto w torebce, drożdżowe, które bardzo smakowało uczestnikom rejsu . Staram się na spotkania na rzece zawsze zabierać ze sobą coś słodkiego – o konkretne rzeczy wodniacy zwykle dbają sami.

Najfajniejsze są wspólne spotkania, kiedy najpierw możemy zasiąść przy piknikowym stole a potem udać się w rejs po rzece. Zwykle mamy do wyboru kilka jachtów, które często są czarterowane a w czasie pikniku stoją na przystani.

Nie tylko nad rzeką organizujemy pikniki – kiedyś opanowaliśmy blogerską grupą cały statek wycieczkowy i zrobiliśmy sobie ucztę podczas rejsu 🙂

Tak się bawimy u nas na Warcie w Poznaniu, sporo osób złapało wodniackiego bakcyla i chce popływać nie tylko w najbliższej okolicy. Często chcą wyruszyć na dalsze wody, czy to krajowe, czy też zagraniczne. Ostatnio przeglądając oferty wakacyjne ( i już na długi majowy weekend) trafiłam na ciekawe oferty czarteru jachtów i związanych z tym wycieczek na globtourist.com . Szczególnie atrakcyjne wydały mi się rejsy w Chorwacji .

A wracając do naszych wodniaków – jest coś spoza słodyczy z mojego kulinarnego repertuaru co bardzo lubią – to kiszone ogórki. Do wieczornych pikników przy ognisku, a słyszałam też, że sok z nich jest szczególnie doceniany następnego dnia po imprezach 🙂 Bardzo lubią też domowe chleby , pieczone przez blogerów, one zawsze cieszą się powodzeniem na wspólnych piknikach.

 

Kulinarne gadżety – moja kolekcja

kulinarne gadżety
kulinarne gadżety

Każdy, kto prowadzi blog kulinarny lub ma takiego blogera wśród znajomych dobrze wie, jak ważne są kulinarne gadżety wykorzystywane do robienia blogowych zdjęć. Czasami kupuje się specjalnie naczynia, sztućce czy inne utensylia , często też wykorzystuje się w kreatywny sposób własne zasoby domowe. Ja staram się przede wszystkim robić zdjęcia blogowych dań na tym, co mam w domu. Na zdjęciu powyżej – „niedzielne filiżanki” do kawy, od razu z talerzykiem na ciasto , by spokojnie rano wypić kawę i zjeśc do niej kawałek weekendowego deseru. Czasem w łóżku.

Skoro już jesteśmy przy kawie, to do białego dzbanka zakupionego lata temu pasują mi fikuśne białe filiżanki z Ćmielowa, które wraz z całym serwisem obiadowo-kawowym wygrałam w konkursie dla blogerów daaawno temu ( 7 lat, w 2011 roku) . Wywołują uśmiech osób pijących w nich kawę, bo są niesymetryczne i stwarzają złudzenie, że kawa się zaraz wyleje 🙂

Ten talerzyk dostałam od blogującej koleżanki z okazji 5 urodzin bloga, ciasta na nim pięknie się prezentują. Mam też podobny głęboki , podarowany mi przez Izę innym razem . Bardzo je lubię 🙂

Ten pucharek do deserów kupiłam na początku blogowania , już  z myślą o zdjęciach . To komplet, jest ich 6, mam do nich wielki sentyment – wyprodukowano je w Hucie szkła Irena w Inowrocławiu, w moich rodzinnych stronach. Robię w nich m.in. kultowe galaretki mojej Mamy.

Z tej samej fabryki pochodzi ten talerz do tortów – prezent od mojej Mamy. Nie tylko ja go dostałam, ale tez każde z mojego Rodzeństwa….

Kupuję też często w antykwariatach i na pchlich targach – na zdjęciu poniżej stary widelec , do ciasta sfotofrafowanego na desce wygranej w konkursie :

Na pchlim targu kupiłam też mini-rondelki ceramiczne, w których pięknie się prezentują kremowe zupy .

Ulubionym talerzem do zupy mojej najmłodszej córki jest ten efektowny z kwiatkami, który budził zachwyty koleżanek od początku blogowania :

Jak widać, często jako tło wykorzystuję naturalne podłoże , mam też sporo serwetek, które sama dziergam . To wszystko wymaga miejsca, by te kulinarne gadżety pomieścić.

Dobór odpowiednich mebli do tego jest bardzo ważny. Serwetki i sztućce trzymam w szufladach komody. Serwis, większe talerze i foremki  do ciast mieszczą się wygodnie w kredensie, tuż przy otwartym wejściu do kuchni. Natomiast te najładniejsze filiżanki, małe talerzyki , szklanki i karafki trzymam w oszklonej szafie typu witryna, podobnej do takich , jakie są w ofercie meble-cezar.pl . Nie tylko ładnie wyglądają, ale są cały czas na widoku i nie zapomnam o nich , gdy myślę, jak zrobić najładniej zdjęcie dania na bloga.

 

 

Są tam między innymi moje ulubione białe filiżanki, które znalazłam w antykwariacie, bardzo podobne do tych z rodzinnego domu. Jaki widać nie tylko kawę z nich lubię pić, czasem pełnią też funkcję pojemnika do słodkich sosów.

 

 

 

 

Blog Conference Poznań 2018 – statystyka podyplomowo

Blog Conference Poznań
Blog Conference Poznań

Jakże żałuję, że moją nauczycielką statystyki na studiach nie była Janina Daily … Miałam ten przedmiot z ostrą w ocenianiu i nudną w wykładach Babcią Borną ( studenci AE Poznań sprzed … lat pewnie wiedzą o kogo chodzi). Jej ulubionym przykładem na mediany i inne dane statystyczne była …śmiertelność niemowląt !  Z wielką przyjemnością zaczęłam więc tegoroczne Blog Conference Poznań od  wykładu Janiny, ona z regresji statystycznej potrafi zrobić bombonierkę 🙂

Potraktowałam jej wykład ( jak i inne, wraz z blogowymi i FB-kowymi wpisami ) jako studia podyplomowe ze statystyki , choć to jest statystyka szczególna – dotyczy danych z bloga i fanpage. Skrzętnie notowałam i zaraz po majówce, jak się ogarnę , zacznę wykorzystywać tę wiedzę w praktyce.

Blogowy „mąż ” Janiny ( ta zabawna historia spowodowana brakiem przecinka  jest już legendą blogosfery i ..doczekała się na imprezie sesji ślubnej) , Kamil Kozieł ciekawie mówił o tworzeniu historii, w tym zabawnych. Oczywiście tę wiedzę zaczęłam wykorzystywać od razu, bo piszę to ja cały czas , nie tylko na blogu 🙂 wspomnę o tym w odpowiednim momencie relacji .

Potem z równym zaciekawieniem słuchałam Piotra Buckiego , zachęcającego nas do rozsądnego pisania, sprawdzania feke newsów i prawdy przede wszystkim. Podbudowało to mnie bardzo, bo czasem jestem przerażona płytkością wiedzy osób piszących ( częściej to się zdarza dziennikarzom niż blogerom) i nonszalancją w przekazywaniu informacji.

Podczas przerwy spotykałam co chwilę znajomych ( to najmilszy aspekt takich konferencji), częstując ciastem, które miałam w torebce i które mi zostało po obdarowaniu świętującej urodziny Janiny 🙂

Było drożdzowe , podobne do tego pierwszego kultowego z Blog Forum Gdańsk 2011 . Część zostawiłam pod opieką syna w celu misji specjalnej, ale o tym później . Nie wiem, czy wszyscy wymienieni ciasta spróbowali , ale spotkałam poznanych jeszcze na pierwszym Blog Forum Gdańsk ( 2010) Andrzeja Tucholskiego i Maćka Budzicha, Szklanego Samuraja, kulinarne koleżanki Tysię i Martę z Bazyliowego Musu. Marta jechała przez Łódź z Pauliną i opowiadała mi, jak w Busie spotkała blogującego Tomka z Poznania, który zna mnie i moje ciasto 🙂

Chwilę później usłyszałam tę samą historię z drugiej strony, bo zobaczyłam Tomka Maciejewskiego, którego poznałam jako blogującego autostopowicza i z przyjemnością obserowowałam jego rozwój – Tomek potem jeździł po świecie pracując zdalnie i pisząc o tym bloga, a teraz pisze na blogu Tam gdzie chcę ( w moich ulubionych z boku) i prowadzi szkolenia ułatwiające pracę zdalną, nie tylko dla chcących wyjechać daleko.

Potem poszłam posłuchać Maćka Budzicha , który opowiadał o kryzysach we współpracy blogerów z reklamodawcami, podając konkretne przykłady , stopniując kryzysy i pokazujac, jak niektóre marki sobie z nimi radzą. Ostrzegał też przed wywoływaniem na siłę tych kryzysów w celu zdobycia popularności ( i podniesienia statystyk – wraca słowo kluczowe relacji 🙂

To były najciekawsze prelekcje, na których byłam, zaliczyłam też kawałek panelu o drodze do popularności ( statystyki 🙂 , potem oddałam się w objęcia networkingu. Ciekawe, że na konferencji spotkałam sporo znajomych …z Poznania, których dawno nie widziałam, ale przede wszystkim moją nową znajomą Magdę , poznaną w sieci na niedzieli dzielenia u Andrzeja Tucholskiego . To była jej pierwsza tak duża konferencja i czuła się jak ryba w wodzie . Nasze wspólne zdjęcie na ściance Lidla przyniosło mi nagrodę w postaci książki ” Jeść zdrowiej” .

Z kilinarnych akcentów, prócz kawy barrrdzo potrzebnej było smaczne musli, a konkurencją dla mojego ciasta – muffinki na stoisku Ceneo.

Jakże cieszyłam się, że jestem w mniejszości ( znów statystyka) i do Lidlowych Food tracków nie musiałam stać w długiej kolejce po jedzenie wege , bo mięsożerców było znacznie mniej . Zajadałam grillowane mięso oglądając pokazy skoczków na trampolinach i rozmawiając z nowo poznanymi blogerkami.  Nie odważyłam się na skoki, za to z podziwem oglądałam je wykonaniu Janiny następnego dnia w relacji.

Byłam tylko jeden dzień, bo nadal zmagam się z poświąteczną infekcją i zebrałam siły  na krótko. Po południu poszłam na Plac Wolności , bo tam trwał Spring Break Festiwal , wieczorem był koncert Korteza a ja jak zwykle w Poznaniu byłam umówiona z jego ekipą na spotkanie z kartonem mojego ciasta. Tak, tego samego, co dla blogerów , które przechował dla mnie syn. Już wczoraj na blogu ukazała się relacja z koncertu, wzbudziła spore zainteresowanie , cieszy mnie to, bo wykorzystałam w jej pisaniu wiedzę z prelekcji 🙂

Dla tego spotkania i koncertu poświęciłam rewelacyjne warsztaty nalewkowe z Michałem Bonarowskim , zastąpił mnie bieglejszy w tym temacie autor bloga Najsmaczniejszy.com.pl 🙂

Na after party było piwo od Perły i wino od Lidla , piłam to drugie rozmawiając i słuchając muzyki . DJ dawał radę, a tu nagle  zabrzmiały znane ( ponoć klasyczne) przeboje rodem z Disco Polo… Rozmowa zeszła więc na muzykę i to nie tylko na sali… Byliśmy zdegustowani tym, że konferencja na takim poziomie wykładów i prelekcji daje nam taką muzykę do słuchania i tańca…. Przy myciu rąk w łazience zgadałam się na ten temat z sympatycznymi dziewczynami , na to nadeszła kolejna, która słysząc naszą rozmowę ucieszyła się , bo i ją gnębił ten problem. Wymieniłyśmy się adresami blogów i spontanicznie zawiązałyśmy nieformalną grupę ‚Kobiety z toalety” sprzeciwiającą się Disco Polo na blogowych konferencjach 🙂 Ot, networking po sporej ilości wina 🙂

Bardzo żałuję, że nie mogłam być drugiego dnia , ale ten pierwszy naładował mnie pozytywną energią i zachęcił, przede wszystkim do dalszego pisania i ocieplił wizerunek statystyki po traumie ze studiów 🙂

 

Lecznicze ciasto na koncert Korteza w Poznaniu

Dwa dni temu wszyscy fani Korteza trzymali za niego kciuki podczas gali polskich nagród muzycznych – Fryderyków. Jego piosenka z drugiej płyty „Dobry moment” została uznana za przebój roku. Kilka dni wcześniej – w sobotę 21 kwietnia Kortez koncertował w Poznaniu w ramach Spring Break Festiwal. Był to poniekąd koncert historyczny – trzy lata wcześniej był tam jako mało znany jeszcze atrysta, w tym roku jego koncert przyciągnał tłumy fanów. Poza tym – juror Must by the music, który odrzucił Korteza podczas konkursu, lider Comy występował dwie godziny wcześniej i ani nie widziałam tłumów podzcas koncertu, ani wielu chętnych do rozmowy , autografów i fotek po koncercie. A Korteza jak zwykle otoczyły po koncercie tłumy. A przed koncertem dostał niezwyły prezent od zwariowanych na jego punkcie fanek i fanów 🙂

Kilka tygodni wcześniej zostałam wciągnięta w akcję fanów Korteza, zapoczątkowaną przez Agnieszkę ( na zdjęciu po lewej ) , która najpierw zrobiła dla Korteza specjalny kalendarz a gdy się spodobał młodemu atryście – postanowiła zrobić dla niego foto książkę ze zdjęciami fanów . Są to zarówno zdjęcia , które wielbiciele robili sobie z nim jak też i fotografie z koncertów, na których byli. Książka ma tytuł „Pocztówka z kosmosu” – bo właśnie tam podróżujemy my fani słuchając Korteza i doznając niezwykłych emocji.

Ja tych zdjęć mam sporo, choć nie z każdego koncertu, na którym byłam. Czasem wolę poświęcić czas na rozmowę z tym niezwyklym chłopakiem, który potrafi słuchać ludzi jak mało kto i to jest jedna z tajemnic jego sukcesu . Agnieszka wybrała z moich zdjęć te najstarsze (m. in. z koncertu Korteza solo, w Kleszczewie) plus ostatnie, z nowo poznaną fanką. „Moja strona” w książce dla Korteza wygląda tak :

Ciasto na ten koncert było specjalne, bo dwa dni wcześniej wszyscy fani martwili się chorobą atrysty . Nie odwołał koncertów, lekarze postawili go na nogi i mógł się z nami spotkać. Do drożdżowego ciasta z serkiem waniliowym, do którego zwykle dodaję łyżkę smakowago alkoholu – tym razem wlalam kilka łyżek leczniczej nalewki z kwiatów dzikiego bzu, pod kruszonkę wrzuciłam też suszoną żurawinę.

Kortez z ekipą spróbowali go po koncercie, ale dostałam w odpowiedzi na wrażenia z wydarzenia wiadomość, że smakowało. Dla miłośników konkretnych smaków zrobiłam też placek ziołowy, z suszonymi pomidorami , podobny do tego, co jest na blogu.

A przed koncertem znalazł dla nas czas , Agnieszka z Wojtkiem i zaprzyjaźnione małżeństwo fanów, Tomek i Daria ( panowie są autorami większości zdjęć w książce i tych we wpisie, na których ja jestem) wręczyli Kortezowi prezenty – książkę i kalendarze dla reszty Zespołu. Jak Kortez to zobaczył, to zawołał – no, wariaci jesteście 🙂 A my na to, że to wszystko dzięki niemu, jego muzyce i emocjom, które nam przekazuje 🙂

Sam koncert był jak zwykle magiczny, każdy z nich jest inny i to nie tylko dzięki nowym piosenkom. Dawno nie słyszałam na  żywo „Ludzi z lodu”, których uwielbiam za ulotność tekstu i muzyki, Zostań w wersji z Zespołem zabrzmiało niesamowicie, po raz pierwszy też usłyszałam „Hej Wy ” i zrobiło na mnie duże wrażenie. Obliczyłam, że to był mój 13 koncert i wyjątkowo szczęśliwy, również dzięki nowo poznanym fanom i ich akcji 🙂

Nad Placem Wolności w Poznaniu świecił mocno księżyc i potęgował nastrój muzyki i świateł. Dla mnie jak zwykle najważniejszy był wokal Korteza, uwielbiam jego pełen ciepła głos, zarówno jak śpiewa, jak i gdy mówi.

Tego dnia w Poznaniu było wielkie blogerskie święto ( Blog Conference Poznań, napiszę o tym niebawem) , na koncert i spotkanie z fankami i ich mężami urwałam się z warsztatów nalewkowych, ale warto było. Po koncercie to oni jeszcze ciepło z nim rozmawiali a ja udałam się na after party tuż przed końcem koncertu i oto, co zobaczyłam po drodze : Po drugiej stronie ogrodzenia stało sporo zasłuchanych i zapatrzonych w grę świateł ludzi, obok na przystanku tramwajowym pasażerowie wysiadali i zamiast iść dalej w swoich sprawach , zatrzymywali się zasłuchani… Przechodnie na idącej wzdłuż Placu ruchliwej ulicy 27 grudnia też zwalniali i słuchali a nawet wzdychali pod świecącym księżycem… Kortez zaczarował wieczorny Poznań… Nie ma się więc co dziwić, że jego fani są mu tak wierni , a wtorkowy sukces z Fryderykiem był dla nich wielkim świętem .

Pokaz kulinarny z produktów Mleczarni Jana w Pasteli

 

KIlka tygodni temu miałam przyjemość zobaczyć i spróbować, co z produktów Mleczarni Jan wyczaruje jeden z moich ulubionych kucharzy, Marcin Michalski z poznanskiej Restauracji Pastela. Relacja jest z pewnym poślizgiem ( spadek mojej formy) , ale tym bardziej warto jeszcze raz przypomnieć sobie te miłe i smakowite chwile.

Mleczarnia Jana ze Środy Wlkp ma dużą tradycję na polskim rynku, działa od 1885 roku. bardzo lubię ich maślankę ( szczególnie latem do koktajli) i twaróg wędzony, który pokazany w jednym z blogowych wpisów z 2010 roku wzbudził zainteresowanie blogerek, które go nie znały.

Marcin zaczął od przygotowania sernika z twarogu śmietankowego , bo to wymagało najwięcej czasu. Efekty pokażę na końcu relacji, teraz przejdę do przystawki , a była to poznańska tradycyjna pyra z gzikiem, na twarogu półtłustym . Jesli to proste danie można nazwać doskonałym, to właśnie takie było – mniam 🙂

 

Od niektórych znajomych słyszałam o wielkopolskiej polewce na maślance, która ma zarówno amatorów jak i hejterów 🙂 Ta w wykonaniu chefa Pasteli była wypasiona, na kiszonej w maślance dyni. Marcin robi wiele eksperymentó z kiszonkami, zwykle bardzo udanych – watro iśc do Pasteli, by się o tym przekonać 🙂 Kremowa polewka z kiszonej dyni z dodatkiem palonego masła mnie bardzo smakowała 🙂

 

Potem były placki z batatów, podobne do ziemniaczanych, z ciasta z dodatkiem maślanki, nieco wilgotne a z zewnątrz chrupiące. Podane zostały z twarożkiem, suszonymi pomidorami i maślano-cytrynowym sosem.

dav

Dalej się działo ! Do deseru, serowych placuszków były flambirowane gruszki, ogień poszedł aż miło, ale został opanowany we właściwy sposób 🙂

 

A oto i deser , wzbogacony smakiem skórki pomarańczowej :

 

I na koniec nadszedł oczekiwany sernik, który okazał się pyszny i puszysty , twaróg śmietankowy Jana doskonale się sprawdził :

 

Degustacji towarzyszyły wesołe rozmowy o kulinarnych zwyczajach , między ekipą Jana, Gospodynią Pasteli i blogerami – była jeszcze Agnieszka ze Studni Smaków i Piotr z Najsmaczniejszy  oraz nowo poznana autorka bloga osobistego, Magda.Przy pysznościach na bazie produktów Mleczarni Jana bardzo miło nam się rozmawiało , nie mogę się już doczekać lata i owoców, by poszaleć z koktajlami na bazie maślanki 🙂

dav

 

 

 

Wielkanocna kuchnia Sokołowa – relacja z warsztatów

wielkanocna kuchnia Sokołowa
wielkanocna kuchnia Sokołowa

Kilka dni temu miałąm przyjemność uczestniczyć w warsztatach w Woli Suchorzebskiej, by zobaczyć co proponuje wielkanocna kuchnia Sokołowa. Produkty tej firmy są znane ze swoich doskonałych smaków, chef Dominik Moskalenko pokazał nam, co można niebanalnego z nich wyczarować, by urozmaicić świąteczny stół. Najpierw próbowaliśmy samych wędlin i kanapek z nowością firmy- pastami warzywnymi z serii ‚Z gruntu dobre”, słuchając jednocześnie wykładu na temat pochodzenia świąt wielaknocnych historyka,dr Michała Chroptianego . O tym, dlaczego to jest ruchome święto (  niedziela po pierwszej wiosennej pełni księżyca) akurat wiedziałam, z „Mistrza i Małgorzaty”, bo tam pierwsza wiosenna pełnia odgrywa szczególna rolę . Ale reszty ciekawostek wysłuchałam z przyjemnością, podjadając sokołowskie przysmaki.

Potem Chef zabrał nas do kuchni, przedstawił cztery dania, które mieliśmy przyrządzać i rozdzielił zadania na grupy .

Pierwsza grupa robiła schab podany w podwójnych plastrach z nietypowym sosem tatarskim. Wędzony i pieczony ( Naturrino) schab Sokołowa przekładaliśmy miksowamym tuńczykiem w zalewie z dodatkiem niewielkiej ilości majonezu i tego, co w sosie  tatarskim zwykle bywa. Ja bardzo lubię połączenie mięsa i ryby, jak dla mnie- pycha 🙂

Druga grupa robiła danie na bazie białej kiełbasy, też bardzo ciekawe. Kiełbasa była podsmażona na maśle z cebulą ( i dodatkiem piwa, to był mój pomysł) , połączona z tłustym białym serem, doprawiona pieprzem i tymiankiem .

To było nadzienie do ciasta francuskiego, a po nacinaniu wyszły z tego doskonałe paszteciki.

Trzecim daniem była necówka –  polędwiczka zapieczona w mielonym mięsie otoczonym siatką z boczku – wykorzystaliśmy do niego cienkie płaty surowego wędzonego boczku, nowego produktu Sokołowa. Do mięsa dodane były posiekane i przesmażone z cebulą pieczarki. Rolada podana na pieczonych batatach smakowała wyśmienicie.

Grupa, w której ja  pracowałam robiła inną roladę, z wołowej bawety w sosie pieczeniowym z warzywami i ziołami .

ten przepis przytoczę dosłownie :

a wyszło to tak :

Gotowanie pod okiem Dominika Moskalenki przebiegało sprawnie i sympatycznie. Potem była prawdziwa uczta z przygotowanych potraw. Wszystko smakowało doskonale a ja na pewno wykorzystam nowe pomysły na wielaknocny stół.