Archiwa kategorii: Relacje

Jak smakuje Podlasie – kulinarna podróż

podlasie

Podlasie to region Polski, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Z wielką przyjemnością przyjęłam zaproszenie od Huberta Gonery z Landbrand na podróż studyjną by poznać smaki tych ciekawych miejsc. Trochę je już znałam, bo któż nie słyszał o serach korycińskich czy kartaczach . Teraz jednak powstaje projekt szlaku kulinarnego łączącego poznawanie przyrody i architektury Podlasia ze smakowaniem tego, co w tym regionie jest najlepsze. Zostaliśmy tam zaproszeni przez Marszałka województwa podlaskiego, którego przedstawicielka powitała nas na miejscu :

Gościło nas Białowieskie Sioło, urocze miejsce z ciekawą historią i pięknymi drewnianymi domkami, ktore powstały z pasji Gospodarza do budowania i gromadzenia regionalnych pamiątek .

podlasie

Spotkaliśmy się tam ( grupa blogerów i dziennikarzy z Gdańska, Warszawy i Poznania) z lokalnymi wytwórcami, którzy z właściwą ludziom Podlasia gościnnością częstowali nas swoimi wyrobami. Kiszonki państwa Sienkiewiczów zainteresowały mnie bardzo, bo to i moje hobby – kwas burakowy był doskonały , kapusta kiszona w całości rewelacyjna a ogórki przypominały smakiem te, które sama robię . Ekologiczne warzywa w słoiczkach p. Rydzewskich też świetnie smakowały.

Na początku spróbowaliśmy lokalnego wina produkowanego z miodu,z Miodosytni podlaskiej Dawida Olesiuka, robionego z  dodatkiem trawy żubrowej.

 

 

Ja uwielbiam sery, więc z wielką przyjemnością spróbowałam zarówno tych korycińskich od p. Bielec, jak i tych z Wiżajn.

Lokalne wędliny z masarni Protasiewicz, Kolinek i Leśnego Dworku nie ustępowały jakościom serom :

Na przygranicznych terenach Podlasia, „początku Polski” jada się sporo baraniny i jagnięciny, miałam więc nieco doświadczeń do wymiany z warsztatów z moich rodzimych terenów i z przyjemnością rozmawiałam o tym z ich wytwórcą z agroturystyki „Na końcu świata „.

Każdy z wytwórców opowiadał z pasją o swojej pracy i jej efektach, oczywiście wszystkiego próbowaliśmy i wymienialiśmy wrażenia. Serom, wędlinom , kiszonkom i przetworom warzywnym towarzyszyły pyszne chleby  a także doskonałe lokalne oleje :

 

Oczywiście blogerzy nie tylko degustują, podczas warsztatów kulinarnych prowadzonych przez „ambasadorkę ” smaków Podlasia Joasię Jakubiuk robiliśmy pierogi i kartacze. Joasię poznałam dwa tygodnie wcześniej w Toruniu podczas Święta Katarzynek i żadna z nas nie myślała o tym, że się tak szybko spotkamy 🙂

Asia jest nazywana królową pierogów, pokazała nam swoje ciasto ( tylko mąka, sól i letnia woda) i kilka farszów z wykorzystaniem lokalnych darów natury, wędzonej ryby, śliwek, ziemniaków z serem i pokrzywą i trochę z mięsem , takim jak do kartaczy.

Ja kartacze znałam i robiłam, teraz więc z ochotą poznałam nieco inny rodzaj ciasta a i farsz z grzybów i kiszonej kapusty był bardzo ciekawy .

Ze słodkości lokalnych poznaliśmy ciasto marcinek, nie mające nic wspólnego z poznańskimi rogalami. To blaty kruchego ciasta poprzekładane bitą śmietaną, słodką i kwaśną. Po kilku ( nastu) godzinach jest doskonały , dobrze się kroi i ciekawie smakuje .

Wieczorem czekała nas uczta z tego, co ugotowaliśmy i lokalnych przysmaków. Pan Sergiusz, gospodarz Białostockiego Sioła poczęstował nas mięsną kiszką ( wypasiona wersja ziemniaczanej) i opowiadał z pasją o historii miejsca, w którym nas gościł.  Przy przysmakach i napitkach ( domowe nalewki i żubrówka, a jakże ) integrowaliśmy się z gospodarzami regionu .

 

Dostaliśmy na drogę liczne podarunki z lokalnych produktów, u mnie część będzie ozdobą świątecznego stołu. Przyprawy , herbatki i słoiczki od darów Natury i Ziołowego Zakątka na pewno też się przydadzą.

Nocowaliśmy w wygodnych, stylowych  pokojach drewnianych domków Białostockiego Sioła , nazajutrz po śniadaniu z miejscowych przysmaków pojechaliśmy do Dworu Batrnika na zaproszenie jego gospodarzy . Tam po wysłuchaniu kolejnych historii obejrzeliśmy pałacowe niemal wnętrza i niezwykłe zbiory powiązane z pasją gospodarza, pszczelarstwem. Było tam wszystko z motywem pszczół, zdjęć zrobiłam wiele, dodam to, które spodobało mi się najbardziej 🙂

 

Dwór mieści się w Narewce, w pobliżu jedliśmy obiad w Bojarskim Dworze o ciekawym wystroju :

 

Tu próbowalismy dziczyzny, gulaszu z jelenia , babki ziemniaczanej i pysznego pasztetu , na deser był sękacz , którego smak został w pamięci na długo. Dostaliśmy kolejne podarunki od Starostwa Hajnówka, którego przedstawicielki ciekawie opowiadały o walorach turystycznych tego powiatu.

 

Ja zostałam do następnego dnia w Białymstoku, w gościnie u znajomego blogera i przy okazji zobaczyłam to miasto, które widziałam po raz pierwszy.

Podlasie jest niezwykle uroczym regionem, pełnym pysznych smaków . Mam nadzieję, że kulinarno-turystyczny szlak będzie odwiedzało wielu turystów, warto poznać zarówno region jak i jego gościnnych mieszkańców.

Żabie udka, ryby i ślimaki – Smaki Wisły

żabie udka
żabie udka

Listopadowe warsztaty z cyklu Smaki Wisły – cztery pory roku przyniosły mi jakże miłą niespodziankę. Od dawna chciałam spróbować jak smakują żabie udka i nie udało mi się to nawet we Francji, a tym razem nie tylko mogłam je zjeść ale też i nauczyłam się je przygotowywać.

Ale zacznę od początku. Pogoda w listopadzie nie sprzyja już spacerom i zbieraniu plonów w blogerskim ogrodzie, wysłuchaliśmy więc bardzo ciekawej prelekcji o porostach. Wiecie, że chrobotek reniferowy rośnie równiez w Polsce ? albo, że sporo porostów ma właściwości lecznicze i już w XV wieku robiono z nich lekarstwa ?

Jak zwykle robiliśmy dania kuchni staropolskiej w interpretacji Macieja Nowickiego, wybrane z kolejnej, nowo wydanej przez Muzeum Jana III książki .

Tym razem tematem były warzywa okopowe, krupy czyli kasze i to, co żyje w wodzie – ryby, ślimaki i ku mojej radości – żabie udka. Zgłosiłam się do przyrządzania tych właśnie, w towarzystwie mojego ulubionego kucharza z Poznania, Marcina z Pasteli. Najpierw je zamarynowaliśmy w białym winie, rozcieńczonym occie, startym korzeniu pietruszki , jej natce, liściach laurowych i goździakch, bazylii i kolendrze.

Po zamarynowaniu wystarczy żabie udka obtoczyć w mące i usmażyć na rumiano na oliwie z masłem. Są bardzo delikatne w smaku, jakby coś pośredniego między kurczakiem a rybą, dobra marynata nadaje im wyrazistości.

Ślimaki były już wstępnie przygotowane, trzeba było je wyjąć, doprawić masę masłem i anchois , włożyć z powrotem i zapiec. Wyszły pyszne .

Z ryb mieliśmy sporego szczupaka, który po pokrojeniu został ugotowany w piwie i zapieczony  w dzwonkach :

W czasie gotowania próbowałam się dowiedzieć jak najwięcej , bo na listopadowych warsztatach było sporo szefów kuchni :

 

Prócz tego co z wody mieliśmy do przyrządzenia coś niezwykle ciekawego z „piątej ćwiartki”, czyli grasicę. Po rozebraniu na kawałki została usmażona :

Została podana na przystawkę na placku warzywnym, z sosem z zielonej sałaty i chipsami z ziemniaczanych obierek :

A tak wyglądały na talerzu ryby, żaby i ślimaki . Do nich była kasza gotowana w grzybowym wywarze i smażone warzywa.

Na deser jedliśmy szafranową babę biszkoptową z pysznym sosem ze śliwek i pigwowym musem :

Na koniec Gieno Mientkiewicz poczęstował nas jeszcze swoimi smakowitymi serami, jak zwykle z pasją o nich opowiadając.

Wszystko było pyszne, ciekawe i zachęcające, by poznać dawną kuchnię i próbować eksperymentów na jej podstawie . Mam nadzieję, że Marcin to wykorzysta wzbogacając swój repertuar w Pasteli 🙂

Warsztaty zdrowego jedzenia dla przedszkolaków

warsztaty zdrowego jedzenia
warsztaty zdrowego jedzenia

Kilka dni temu miałam wielką przyjemność gościć u przedszkolaków i razem z nimi przyrządzać zdrowe jedzenie. Nie było to gotowanie, ale robiliśmy warzywną sałatkę, koktajle z owoców i ziół, szaszłyczki z owoców suszonych i świeżych oraz zdrowe słodycze, czyli kulki ryżowo-bakaliowe z bananem i gorzką czekoladą.

Warsztaty zdrowego jedzenia zrobiłam na prośbę koleżanki z kursu francuskiego dla nauczycieli, która teraz zajmuje się oddziałem przedszkolnym w byłej szkole moich dzieci.

Dotychczas gotowałam z gimnazjalistami albo uczniami szkół podstawowych czy gastronomicznych, nie wiedziałam jak uda mi się gotowanie z przedszkolakami, ale liczyłam na to, że potrafię nawiązac kontakt z dziećmi w każdym wieku, więc i tu powinno się udać. I już po kilkunastu minutach wspólnej pracy podbiegła do mnie dziewczynka z okrzykiem „ciociu, kocham Cię ” i kilka innych poszło za jej przykładem 🙂 Warsztaty zdrowego jedzenia zaczęły się  bardzo przyjemnie.

Zastałam przedszkolaki już przygotowane, w fartuszkach, czepeczkach i z umytymi rączkami. Najpierw porozmawiałam z nimi o zdrowym odżywianiu się , zaletach świeżych warzyw i owoców i przyjemnościach wynikajacych ze wspólnego gotowania.

Zrobiliśmy najpierw sałatkę na bazie sałaty z pomidorkami koktajlowymi i moimi domowymi kiszonymi ogórkami z papryką. Elfiki – bo tak się nazywają przedszkolaki – bardzo chętnie mi pomagały, plastikowymi nożami na deseczkach kroiły pomidorki i ogórki, sałatę rwały na drobne kawałki rękami. Dodałam jeszcze twaróg, doprawiłam moim domowym octem jabłkowym i zdrowym olejem rydzowym, przyniosłam też z domu zioła z grządki – natkę pietruszki i oregano. Dzieci chętnie wąchały zioła a nawet ocet, by poznać zapachy zdrowego jedzenia. Sałatka jeszcze nie wszystkim smakowała, mimo, że kwaskowy smak sosu złamałam odrobiną cukru. Widać było, które dzieci są oswojone ze smakiem surowych warzyw i że trzeba nad zdrowymi nawykami jeszcze popracować. Ale jadły z zainteresowaniem, niektóre z dokładką 🙂

Równie chętnie pracowały Elfiki przy produkcji zdrowych słodyczy. Wymyśliłam kulki na bazie zgniecionych bananów, zmiksowanych orzeszków ( wzięłam blender), tartej gorzkiej czekolady, pokruszonych wafli ryżowych  i suszonych owoców –  żurawiny i rodzynek. Dodaliśmy jeszcze miód , którego słoiczek dostałam dzień wcześniej na spotkaniu turystycznym od Twojego Pszczelarza. To wszystko wymieszaliśmy na  pulpę , każdy łyżką nabierał sobie porcję na talerzyk, toczył z niej kulkę lub jajo i obtaczał we wiórkach kokosowych. Niektóym dzieciom smak takich słodyczy wydawał się dziwny, ale wszystkie zjadły ze smakiem 🙂

W przygotowaniu kuleczek pomagały dzieciom ciocia Viola i ciocia Gosia , ja w międzyczasie robiłam na raty koktajl „jabłko, gruszka i pietruszka” , z owoców i ziół, z dodatkiem banana i mandarynki, miodu, zielonej pietruszki i mięty. Wyszedł bardzo aromatyczny, dzieci chętnie go piły. Przedtem jeszcze robiły mini-szaszłyczki z owoców suszonych i świeżych.

Dzielnie kroiły banany, jabłka i gruszki, obierały mandarynki i nadziewały kawałki na wykałaczki, przekładając suszonymi morelami i rodzynkami. Coicia Viola zrobiła na pamiątkę każdemu zdjecie ze swoim szaszłyczkiem i na koniec każdy zjadł własnoręcznie zrobioną zdrową przekąskę.

Chyba dzieci były zadowolone z warsztatów, bo na koniec nie chciały mnie wypuścić 🙂 Dla mnie to byłą duża przyjemność gotować z tak miłą i chętną grupą – dziękuję tez Cioci Violi i Cioci Gosi za fachowe przygotowanie i pomoc w ogarnięciu wesołej gromadki. Na koniec zachęciłam dzieci do wspólnego rodzinnego gotowania. Mam nadzieję, że zapamiętały co nieco i zdrowe nawyki będzie im łatwiej przyswoić.

 

 

Big rogal i sernik dyniowy na koncerty Korteza w Poznaniu

Miałam wyjątkowe szczęście wybrać się ostatnio na dwa koncerty Korteza, a pierwszego wysłuchać  w dniu premiery jego drugiej płyty. Tego dnia Kortez z zespołem śpiewali bowiem w Poznaniu a tam mi dotrzeć najłatwiej. Zastanawiałam się, jakie ciasto zrobić na tę okazję. Druga płyta ma tytuł Mój dom, z domem kojarzy mi się przede wszystkim ciasto drożdżowe. W Poznaniu listopad to czas szczególny, 11-go jada się tu specjalne rogale świętomarcińskie, z masą z białego maku , z drożdżowego , półfrancuskiego ciasta. Upiekłam więc wielkiego rogala , by łatwiej było go podzielić między całą ekipę ( to był koncert z zespołem) a nawet i gości.

Ostatnio Kortez wspominał , że bardzo mu smakuje placek marchewkowy, taki mniej kaloryczny, więc zrobiłam go też i zawiozłam obydwa do Poznania .

Zawsze żartuję, że dostarczam Zespołowi Korteza „bombę kaloryczną ” , tym razem wszystko bardzo smakowało , zarówno rogal, który zrobił wrażenie też swoim wyglądem jak i placek marchewkowy z dodatkiem gruszki. Jeszcze przed koncertem porozmawiałam z Kortezem o nowej płycie, przekazałam swoje pierwsze wrażenia . Dla mnie , jak i dla wszystkich była bardziej pesymistyczna w odbiorze niż ta pierwsza, której różnorodność pozwalała na oddech pomiędzy silnymi emocjami niektórych utworów . Poza tym wydaje mi się, że głos Korteza, który uwielbiam ( nawet ten podczas zwykłej rozmowy) stracił nieco na świeżości, która mnie tak urzekła przy pierwszej płycie. Stał się za to dojrzalszy.

Na koncercie piosenki z drugiej płyty, wysłuchane na żywo  przemówiły jednak do mnie inaczej . Wywołały silniejsze emocje, ale o mniej pesymistycznym zabarwieniu. Najbardziej do mnie przemówiła „Dobrze, że Cię mam”, najwięcej do myślenia dała „Pierwsza” , z dużym sentymentem słuchałam „Nic tu po mnie” , bo byłam świadkiem powstania muzyki do niej ( kiedyś podczas próby), wrażenie „deja vu” miałam przy „Film przed snem”… Ale niezmiennie łzy zakręciły mi się przy „Zostań ” , które w zestawieniu z piosenkami z drugiej płyty przemówiło do mnie w pełniejszy jeszcze sposób.

Rozmawiając o tym po koncercie z Kortezem usłyszałam, że właśnie druga płyta jest uzupełnieniem tej pierwszej… Zapytałam też czy  śpiewanie tak negatywnie  emocjonalnych tekstów nie wpłynie mocno na ich wykonawcę i usłyszałam, że ma on swoje sposoby na zachowanie równowagi . Jakie, to już zostawię dla siebie…

Podczas koncertu z Zespołem nastrój był regulowany, po ostatniej, otwartej do interpretacji piosence „Wyjdź ze mną na deszcz” zabrzmiało lżejsze, entuzjastycznie powitane „Z imbirem”, po pełnych emocji Zostań i Od dawna juz wiem rozbudowane muzycznie przy pomocy Zespołu Kominy i nowy utwór po angielsku, wywołujące wśród widzów mieszane uczucia. Mnie pozwoliły odetchnąć , złapać oddech na końcu i dać się ponieść muzyce.

Płyta Korteza sprzedawała się jak ciepłe bułeczki, każdy kto chciał mógł po koncercie dostać autograf, pogadać z artystą . Ja po koncercie się zagadałam z ekipą , więc musiałam poczekać na drugi koncert w Poznaniu , bardziej kameralny, z trio 🙂

Przyznam, że lubię koncerty z Zespołem ze względu na bogatą oprawę muzyczną, ale te kameralne podobają mi się bardziej.  Mogę bardziej się skupić na słowach i ich interpretacji, choć tym razem to, co robił Olek Świerkot na gitarze ( jest uzupełnieniem duetu z początków , Kortez i Krzysztof Domański) robiło mocne wrażenie.

Tym razem Kortez zamówił swój ulubiony sernik , zrobiłam taki z dodatkiem pureee z dyni i sokiem z pamarańczy, na spodzie z dodatkiem orzechów i cynamonu. Przepis podam innym razem, bo dziś mi się dobrze pisze o muzyce i emocjach i nie mam głowy do kulinariów 🙂 Był podobny do tego, który jadł Kortez rok temu . Zdjęcie jest kawałka próbowanego w domu . Kortez poczatkowo spróbował mały kawałek, ale po stwierdzeniu, że jest za…sty, dokrawał sobie kolejne… niczym pewne znane mi i bliskie osoby 🙂

Tym razem układ piosenek był nieco inny, te z nowej płyty przeplatały się z tymi ze starej i wszystko mi się bardzo ładnie poukładało . Na dodatek byłam swego rodzaju „przewodnikiem” dla młodego fana Korteza, który spóźniony siadł obok mnie na końcu rzędu i pytał – najpierw o to, czy spóźnił się na piosenki z nowej płyty ( nie, przyszedł akurat gdy brzmiała Pierwsza ) , potem cichutko wymienialismy na bieżąco wrażenia, dalej wyjaśniłam, że zawsze są bisy a po koncercie Kortez rozmawia z fanami i rozdaje autografy… To był jego pierwszy koncert a dla mnie okazja by policzyć , który… 11 , nie wszystkie mają osobne wpisy na blogu, ale jest o nich wspomniane 🙂 dzięki moim sugestiom chłopak pobiegł do auta po zakupione w tym dniu płyty i poszedł po autograf , mam nadzieję, że udało mu się też pogadać z Kortezem.

Ja cały czas mam w głowie wspomnienia z koncertów, piosenki Korteza z nowej płyty, wciąż odkrywam w nich coś nowego. A na płycie mam też specjalne podziękowanie. Ależ nie ma za co, dla mnie to czysta przyjemność piec ciasta dla kogoś, kogo bardzo lubię i podziwiam 🙂

 

Chałka drożdżowa na wernisaż Obrazków ahgsfds

chałka drożdżowa
chałka drożdżowa

Uwielbiam kreatywną kuchnię , pieczenie ciast czy robienie potraw związanych tematycznie z ciekawymi wydarzeniami. W ubiegłą niedzielę bohaterką pewnego wernisażu była drożdżowa chałka . Zacznę jednak wszystko od początku :

 

Jakiś czas temu moje dzieci podrzuciły mi adres zabawnego fanpage Zapisz obrazek jako ahgsfds. Rysunki jego autora są dowcipne, inteligentne i opierają sie na żartach słownych – jako była „pani od polskiego” nieco się wymądrzę – to dosłowna interpretacja stałych związków frazeologicznych ( np.paleta cieni, stroje galowe , kalendarz majów ) i w ogóle zabawa słowem na najwyższym poziomie, czyli to, co uwielbiam ja i moje dzieci. Jeśli ktoś czasem pobłądzi w zakamarki mojego bloga i trafi na Grażyna pisze, to zrozumie o co chodzi 🙂

Te obrazki zawsze poprawiają mi humor i  gdy zobaczyłam, że mają swoją wystawę i spotkanie z Autorem w Krakowie, od razu przyszedł mi do głowy pomysł podobnej imprezy w Poznaniu ( któreś z dzieci powiedziało mi, że twórca Obrazków tu mieszka).

Ugościła nas restauracja Pastela, której nazwa jest nieprzypadkowa. Asia, jej współwłaścicielka często organizuje tam wystawy i wernisaże zaprzyjaźnionych artystów, ale jak przyznała przy powitaniu, takich jak te – z Internetu – to jeszcze nie miała 🙂

 

Dodała też, że najbardziej rozbawiło ją to, że chałka, która na obrazkach stała się abstrakcją, została przeze mnie ponownie zmaterializowana :

 

Jak się okazało, nie tylko przeze mnie, bo jedna z fanek, Zuza, upiekła na spotkanie bezglutenową , by sama mogła też chałki skosztować 🙂

 

ma cudne oczka, jak ta z Obrazków 🙂

Teraz chwila przerwy w relacji na przepis, bo uczestnicy spotkania domagali się go . Dawno chałki nie robiłam a i wtedy nie była bardzo udana więc przepisu szukałam w sieci. W końcu postanowiłam wypróbować swoje drożdżowe ciasto do rogalików czy bułeczek a w zaplataniu posłużyłam się podstępem 🙂

CHAŁKA DROŻDŻOWA

Ok.1/2 kg  mąki pszennej

8 dkg  stopionego masła i 2 łyżki oleju

30 g drożdży

szklanka mleka

sok z połowy mandarynki

1 jajko i 3 żóltka

3 łyżki  cukru i łyżka z wanilią

szczypta soli

łyżka nalewki kwiatów dzikiego bzu ( lub innej)

mak do posypania

białko do smarowania

Najpierw roztarłam drożdże z łyżeczką cukru, dodałam letnie mleko ( 1/3 szklanki ), posypałam łyżką mąki i odstawiłam do wyrośnięcia. W międzyczasie stopiłam i przestudziłam masło ,  wymieszałam cukier  z jajkiem i żółtkami za pomocą trzepaczki.

Do miski wsypałam mąkę i sól, dodawałam stopniowo mieszając : wyrośnięty rozczyn, jajka z cukrem, resztę mleka, wyciśnięty z pomarańczy sok , olej i  stopione masło w temperaturze pokojowej. Wyrabiałam drewnianą łyżką, w międzyczasie dolałam nieco aromatycznej nalewki . Gdy ciasto zaczęło odstawać od brzegów miski i pojawiły się pęcherzyki powietrza, odstawiłam je w ciepłe miejsce na pół godziny do wyrośnięcia .

Wyrośnięte ciasto zbiłam drewnianą łyżką, by je odgazować i wyrzuciłąm na omączony blat. Wyrobiłam je jeszcze ręcznie, składając kilka razy , jak do chleba . Podzieliłam na 4 części i utoczyłam wałeczki o przekroju ok 3-4 cm i długości ok 30 cm ( jeden był nieco krószy). W przepisach widziałam zaplatanie z 5 części, ale ja umiałam pleśc warkocze ( nosiłam je do 5 klasy podstawówki a potem na studiach) tylko z trzech pasem.

 

Poradziłam sobie w sprytny sposób, kładąc krótszy wałek na dół jako bazę a na nim zaplotłam chałkę z trzech części. W ten sposób mogłam spodziewać się wyższej , niż takiej z samych trzech splotów 🙂 Aha, plotłam już na wysmarowanej blasze, na imprezę chałki były dwie .

Dumna, że ta część pracy mi się udała posmarowałam za pomocą pędzelka chałki białkiem i posypałam makiem. Właściwie powinna być kruszonka, ale nie chciałam sobie mnożyć stresu… Próbowałam bowiem nowy piekarnik…

Piekły się w 180 C około 45 minut, sprawdzałam patyczkiem, czy w środku są suche. W próbnej, pieczonej trzy dni wcześniej zrobiłam mały błąd, bo w miejscach splotów były miejscami lekko niedopieczone, więc teraz szczególnie na te fragmenty uważałam. Nie wyszły typowo piękne, splecione chałki, wyrosły mi zbyt puszyste, ale ja już tak mam z drożdżowym ciastem – wszystko mi wyrasta zazwyczaj zbyt bujnie 😉

Jak widać smakowało nawet najmłodszym fankom Obrazków 🙂 przekrój wiekowy na spotkaniu był bardzo szeroki, od wczesno nastoletnich do prawie senioralnych. Najwięcej było młodych ludzi , którzy ze znawstwem dyskutowali o historii internetowych memów 🙂

 

Autor Obrazków opowiadał najpierw wszystkim o swojej pasji i związanych z tym działaniach , potem odbyły się swobodne rozmowy przy kawie, chałce i drożdżowym placku , dla chętnych przy piwie . Ściany Pasteli pięknie wyglądają ozdobione Obrazkami 🙂

Kto chciał , mógł nabyć Obrazek od razu z autografem :

 

Szczególnie miłymi gośćmi były wokalistki zespołu w którym udziela się też Autor Obrazków , wypatrujcie ich w na muzycznych wydarzeniach nie tylko w Poznaniu 🙂

Okazało się, że moja pasja kulinarna po raz kolejny połączyła się z muzyczną i mogę tę relację dodać do blogowej kategorii Ciasto dla muzyka 🙂

Mnie ten wieczór naładował tak pozytywną energią, rozmowy z pełnymi humoru i skłonnymi do ciętych ripost fanami Obrazków naładowały mi akumulatory , co było mi bardzo potrzebne . Przy okazji zrobiłam fajne prezenty moim dzieciom, które całą trójką są wielbicielami talentu Admina Zapisz obrazek jako ahgsfds .

Obrazki jeszcze wiszą w Pasteli, kto chce może je tam zobaczyć a także zrobić prezent sobie i najbliższym. Może też upiec chałkę z mojego przepisu – przyjemnie jest materializowac abstrakcje 🙂

Do zobaczenia w Pasteli i na fanpage Obrazków 🙂

 

Smaki Wisły – Król Ziemniak i ptactwo


Taki widok na stole zastali uczestnicy jesiennych warsztatów Smaki Wisły. Tematem przewodnim były ziemniaki i ptactwo . Te pierwsze zobaczyliśmy …nawet w probówkach, bo tak się odtwarza niektóre odmiany w Instytucie Ziemniaka w Boninie. Były też te wykopane w blogerskim ogródku, dostarczone przez Europlant. Po zapoznaniu się z planem warsztatów poszliśmy na spacer po pięknym wilanowskim parku gdzie pani ornitolog opowiedziała nam o ptakach , które wykorzystywano do jedzenia nie tylko za czasów króla Jana III.

Dzień był piękny i spacer po parku, obserwowanie kaczek i słuchanie ciekawych opowieści było prawdziwą przyjemnością.

Potem poszliśmy do blogerskiego ogrodu , zobaczyć, jak rosną rośliny posadzone przez nas wiosną i pozbierać wykopane ziemniaki. O ich historii opowiadał „Król ziemniaka” :

Próbowaliśmy pysznej miechunki a nawet kwiatów nasturcji, skubaliśmy listki sałaty

Niektóre warzywa poszły na całość 😉

Ja uwieczniłam przemiłe spotkanie, z Moniką z bloga Kuchnia nasza polska – znamy się w sieci niemal od początków blogowania, od 8 lat i właśnie na warsztatach Smaki Wisły spotkałyśmy się pierwszy raz na żywo 🙂

Miałam i ja swoje 5 minut, a propos ziemnaików i potraw z nich – pokazałam przywiezioną dla koleżanek niezwykłą książkę kucharską, reprint Kucharza Wielkopolskiego i opowiedziałam o niej.

wielkopolski kucharz

Potem przyszła pora na warsztaty  pod wodzą Macieja Nowickiego

Oto jak potraktowane zostały gołębie :

Trzeba je było potem zszyć

Ja w tyle doglądam deseru – była to klasyczna bianka – ryż ugotowany na mleku i zmiksowany , w towarzystwie fig usmażonych w karmelu z winem i winogron :

Pokażę go na końcu, jak na deser przystało. Zacznę od kremowej zupy z prażuchą w formie kuli :

Dalej mięsiwo : gotowe już gołębie :

Nogi perliczki:

Była też pierś bażanta, wszystko podane z aksamitnym ziemniaczanytm puree i pieczonymi warzywami :

Na koniec nasz super deser , o którym już pisałam. Wszystko było pyszne, nauczyliśmy się wielu ciekawych technik i już nie mogę się doczekać listopadowych warsztatów.

 

Ciasto na podróż i alternatywny transport

Od ponad dwóch lat podróże kulinarne są stałym elementem mojego życia. Jeżdzę na różne warsztaty i spotkania kulinarne, gdzie gotuję, smakuję i rozmawiam o jedzeniu a potem o tym piszę na blogu. Rzadko kiedy korzystam z uprzejmości syna czy przyjaciół i jeżdżę  autem ( sama nie prowadzę). Niektórych to dziwi, ale ja doskonale daję sobie radę wykorzystując alternatywny transport. I przeważnie mam ze sobą w torebce jakieś ciasto, by poczęstować nim przyjaciół. Mam specjalne pudełko ( zdjęcie powyżej), w którym ciasta podróżują ze mną. Hasła dotyczące ekologii prezentowane w projekcie Punkt Krytyczny Fundacji WWF  Energia odNowa realizuję więc w praktyce. Przy okazji mam czas nadrobić zalgłe wpisy na blogu czy przygotować kolejne 🙂

Świadome korzystanie ze środków transportu jest bardzo ważne. W kolejnym odcinku serii projektu pokazany jest alternatywny transport, a tam można m.in. zobaczyć, co najbardziej szkodzi naszej atmosferze.

W jednym z projektów kulinarnych, w który jestem zaangażowana ( moje rodzime województwo, kujawsko-pomorskie, Zakole Dolnej Wisły) wykorzystana jest doskonała komunikacja z pobliskimi okolicami Bydgoszczy ( jak i samego miasta).  Z dworca Bydgoszcz Wschód, na który można dojechać i pociągiem i tramwajem dojeżdżamy wygodnym lokalnym pociągiem do jednej z pobliskich stacji a tam możemy się przesiąść na… bryczki, by dotrzeć do miejsca biesiady, malowniczego gospodarstwa agroturystycznego .  To się nazywa ekologiczna podróż kulinarna, prawda ? 🙂

W dużych aglomeracjach, gdzie żyje największy procent ludności warto korzystać z miejskiego transportu a przy dogodnej temperaturze i z rowerów . Miasta bardzo to ułatwiają. Ja jadąc  do Poznania dojeżdżam autobusem na pętlę szybkiego tramwaju i w ciągu 10 minut jestem w Centrum .

To właśnie w pobliżu Poznania produkuje się nowe, elektyczne autobusy, które mają za zadanie ograniczyć emisję spalin i dwutlenku węgla do atmosfery.

Jest też coraz więcej aut zasilanych prądem z miejscami , gdzie się je ładuje. W czasie postojów gromadzą energię na dalsze działanie. By auta elekrtyczne były na prawdę ekologiczne, powinny być zasilane energią odnawialną, na przykład z wiatru, bo inaczej będą jeździć „na węgiel”. Pociąga to za sobą potrzebę dalszych, konsekwentnych działań. Tym właśnie zajmuje się projekt Punkt Krytyczny realizowany przez Fundację WWF.

Na koniec wspomnę o cieście, które wędrowało ze mną okrężną drogą na Blogowigilię do Warszawy dwa lata temu, pociągami i autobusem. Na zdjęciu widać  jaka jestem zmęczona podróżą, ale jednocześnie szczęśliwa, bo udało mi się zjeśc ciasto wspólnie z blogowymi przyjaciółmi.

Warto pomyśleć zawsze o alternatywnym transporcie , wybierając się w podróż dłuższą czy krótszą. Jeżeli poradzimy sobie bez auta, zostawmy je , może spotka nas po drodze jakaś miła przygoda ?

Wielkopolski Kucharz z 1876 roku i staroświecka sałatka

wielkopolski kucharz

O planach wydania tej książki dowiedziałam się podczas konferencji poświęconej regionalnej żywności w czasie festiwalu w Grucznie. To reprint pierwszego wydania, bardzo rzadkiego i trudno dostepnego. Książka, którą napisała pod męskim pseudonimem Maria Śleżańska, jak zapewnia i jak widać z przepisów – oparła ją na własnym doświadzceniu.

Dla mnie – wielbicielki i książek i kuchni to niezwykły rarytas. Książka opatrzona jest opracowaniem prof. Jarosława Dumanowskiego, specjalisty od historii kulinariów i rysem historycznym Krzysztofa Kurka. Wielkopolskiego Kucharza w formie reprintu wydał Slow Food Wielkopolska i za jego pośrednictwem mozna książke nabyć.

Prócz opracowań do ksiażki dolączony jest słowniczek trudniejszych i dawnych pojęć , który już mi się przydał – jedna ze znajomych pytała, jak nazywamy przedmiot zwany w Wielkopolsce kwirlejką. Od razu pokazałam kawałek słowniczka , razem z przymiotnikiem : kwirlać , ja słyszałam też wersję rozkwirlać 🙂

 

Mnie oczywiście zainteresowały przepisy . Znalazłam taki na staroświcką sałatkę jarzynową, z marynowanymi grzybkami i sosem z oliwy i octu zamiast majonezu. Pomyślałam, że w sezonie obfitującym w grzyby przyda się , a dla dbających o linię brak majonezu też będzie korzystny 🙂

A oto i przepis . Wyjaśnię może ( ze słowniczka) , że szarlotki to nie ciasta z jabłkami ale szalotki, rodzaj cebuli a „ubranie w kwatery” rozkminiłam sama, bo pamiętam z rodzinnych imprez sposób ubrania sałatki jarzynowej przez posypanie jej drobno pokrojonymi składnikami , na każdej ćwiartce, czyli kwarcie czy kwaterze  powierzchni innym kolorem warzywa czy jajka .

O takiej sałatce , jarzynowej z marynowanymi i solonymi grzybkami słyszałam od mojego Teścia, robiło się podobną u nich w domu, z olejem czy oliwą i octem, z fasolą zamiast groszku – wszystkim bardzo smakowała. Może był to przepis z tej książki ? A „ubranie w kwatery” wyszło mi tak :

Buraczki według rady dodałam na końcu , jednak za mało je osuszyłam i puściły sok. Jednak różowa barwa nie raziła w wyglądzie a sam smak sałatki bardzo przypadł mi do gustu a i córka wcinała z apetytem.

Lektura przepisów jest pasjonująca, jest tam dużo praktycznych rad, widać, że autorka znała się na kuchni i miała spore doświadczenie. Nie wszystko można znaleźć w słowniczku, np. skąd wiedzieć ile to „weź smalcu za 6 fenygów ” ? 🙂 aha, to chyba jedyna wzmianka o czymś, co jest niemieckie, pamiętajmy, że książki kucharskie pisane po polsku i z daniami z polskiej kuchni to był też element walki z germanizacją na terenie Wielkopolski pod zaborami. Więcej o tym dowiemy się z opracowania.

Ja z ciekawością zaobserowałam, że bigos , tak bardzo polskie danie nie był okresleniem tylko na mięso z kapustą, ale i z …innymi warzywami czy jabłkami  !  ( Hurra, jabłka ! kto mnie zna, ten wie, czemu się cieszę 🙂

Wielkopolska to kraina pyry, więc przepisów na różne dania z ziemniakami jest dużo. Wypatrzyłam nawet tort, na słodko, który planuję zrobić na imieniny dla syna, wielkiego amatora ziemniaków.

Książka jest dla mnie żródłem pasjonujących odkryć, nie tylko kulinarnych. Polecam ją każdemu wielbicielowi kulinariów, historii i kultury . Czekajcie na kolejne przepisy 🙂

Smacznego !

 

 

 

Mój wkład w rewolucję żywieniową

ciasto z jeżynami
ciasto z jeżynami

Rewolucja żywieniowa to szerokie pojęcie. Najkrócej- chodzi o to, byśmy w swoich codziennych wyborach tego co jemy kierowali się tym, by jak najmniej szkodzić naszej planecie. Efekt cieplarniany ma coraz bardziej dotkliwe skutki, warto więc wybierać taką żywność, która jest blisko nas i mamy świadomość, że jej transport nie wpłynął dotkliwie na nasz klimat.

W akcji poświęconej ekologii  ( Energia odNowa) możemy zobaczyć jak to wygląda oglądając pierwszy odcinek serii.  Dużą rolę w nim odgrywają lokalne bazarki żywności, gdzie można kupić jedzenie prosto od lokalnych wytwórców. Muszę przyznać, że korzystam z nich często tam, gdzie bywam.

W Poznaniu to jest Zielony Targ , bardzo popularny wśród mieszkańców miasta :

 

Na Wybrzeżu, w Gdyni można lokalne produkty kupić na bazarze pod znaczącą nazwą Bo ze Wsi :

 

W Bydgoszczy w niedziele lokalne jedzenie znajdziemy na Frymarku :

Ciasto, które pokazałam na pierwszym zdjęciu jest też przykładem świadomego wyboru. Jeżyny do niego znalazłam w lesie a jabłka na mus, składnik ciasta z sąsiedniej działki. Jest też niespodziewanie wegańskie – mogłam w sumie upiec je później i kupić w sklepie jajka, ale pomyślałam, że pewnie wtedy kupię poza tym nieco rzeczy do jedzenia, które niekoniecznie są mi potrzebne, więc poradziłam sobie i upiekłam wersję bez jajek :

CIASTO WEGAŃSKIE Z JABŁKAMI I JEŻYNAMI

2 szklanki mąki

1/2 szklanki oleju

1/2 szklanki musu jabłkowego

1/2 szklanki wody gazowanej

1, 5 łyżeczki proszku do pieczenia

szklanka jeżyn

cukier puder , cynamon i kakao na posypkę

Mus jabłkowy zmieszałam z olejem i wodą gazowaną, dodawałam mieszając mąkę z proszkiem do pieczenia. Włożyłam do natłuszczonej formy ( 20 na 20 cm) , posypałam jeżynami i piekłam ok. 1/2 godziny w 175 C, do suchego patyczka.

Po wystudzeniu posypałam cukrem-pudrem wymieszanym z kakao i cynamonem.

Ciasto się udało, smakowało i nie kruszyło się. Byłam z siebie bardzo zadowolona, że poradziłam sobie i oparłam się pokusie kolejnych zakupów.

Uprawa warzyw pochłania mniej energii niż wytworzenie mięsa, ale jeśli je lubimy to warto wybierac takie, które można kupić w pobliżu i wykorzystać od razu całą tuszę, czy to będzie drób, czy coś większego. |Na szczęście na warsztatach kulinarnych, na których bywam coraz częściej uczy się tego a ja chętnie tę wiedzę przyswajam.

 

O problemach ochrony środowiska i tym, jak są związane z naszymi codziennymi wyborami konsumenckimi opowiada specjalny fIlm dokumentalny .

Hasło – Myśl globalnie-jedz lokalnie jest też moją dewizą i staram się o niej zawsze pamiętać.

Smacznego !

 

 

Co nieco o reklamie

To zdjęcie z Blogowigilii w 2015, na którą pojechałam z moim ciastem, oczywiście samodzielnie upieczonym, które zwykle na blogowe imprezy mam w torebce. Dzięki temu zwyczajowi łatwiej mi nawiązywać kontakty z blogerami , jestem też zapamiętywana jako osoba, która zawsze ma przy sobie coś dobrego do jedzenia. Kiedy tylko jadę na blogerskie spotkanie, staram się pamiętać o reklamie swojego bloga w ten przekonywujący sposób.

Czasami jestem zapraszana na kulinarne imprezy jako juror i wtedy staram się dawać też od siebie jakieś nagrody, kulinarne, takie, jakie sama zrobię . Czasem są to słoiczki z domowymi przetworami – tak było gdy dawałam nagrody pocieszenia dla pechowców w poznańskim Biegu Kelnerów.

W dzisiejszych czasach trudno nie docenić roli reklamy w jakiejkolwiek działalności. Ja stawiam na taką konkretną – czyli smakołyki , które sama wytwarzam. Dzięki temu jestem kojarzona jako blogerka kulinarna , bo ludzie zapamiętują smaki moich potraw. Jednak to jest reklama w mikroskali, nawet jeśli się rozniesie wieść o moim blogu dzięki dużemu wydarzeniu, w którym biorę udział.

Ja moich blogowych czytelników traktuję raczej jako przyjaciół a nie kilentów. Jeśli gotują potrawy , które pokazuję na blogu, to czuję się prawie tak, jakbym zasiadała z nimi przy jednym stole. Dla klientów trzeba wyraźniejszych form reklamy, bardziej skutecznych.

Wiadomo, zmysłem, który najbardziej oddzialowuje na człowieka i jego percepcję jest wzrok. Dlatego jednym z najskuteczniejszych metod przyciągania uwagi potencjalnych klicentów są billboardy, im większe, tym lepszy odnoszą efekt.

Na razie nie stać mnie na taką reklamę , choć pamiętam z początków blogosfery, że jedna z blogerek kulinarnych reklamowała się w ten sposób. Staram się za to poszerzyć asortyment swoich kulinariów tak, by przy okazji różnych imprez ( teraz jeszcze pikników) mój blog został zapamiętany a i ja też razem z nim. Na szczęscie w nazwie bloga jest moje imię , na dodatek dośc charakterystyczne , więc skojarzyć nazwę bloga jest łatwo. Czasem nawet przedstawiam się , mówiąc „jestem Grażyna co gotuje”. A jak ktoś zapamięta smak tego, czego z moich kulinariów spróbował , to jest to dla mnie dużą przyjemnością.

Smacznego !