Archiwa kategorii: Artykuły o życiu

Ciasto dla Organka jak Missisispi w ogniu

Pisałam niedawno w relacji z koncertu walentynkowego, że lubię chłopaków, którzy są amatorami słodyczy. Nie mogłam sobie odmówić pewnego eksperymentu kiedy w dniu, w którym w  mieście , w którym póki co jeszcze mieszkam odbył się koncert Organka. Uwielbiam jego muzykę , energetyczną i pełną niepokoju. Niedawno spotkałam się w dawnymi i nowymi przyjaciółmi, dla których muzyka jest w życiu bardzo ważna. Narzekali, że teraz nie ma już dobrej muzyki, że słuchają tej sprzed 30 lat. Najpierw pokazałam im Korteza ( nie wszystkim musiałam, niektórzy znali go już dzięki mojemu blogowi i Facebookowi) a potem jadąc autem usłyszeliśmy „Missisipi w ogniu”, więc poprosiłam o ciszę i wysłuchanie w skupieniu tego utworu i spytałam „nadal twierdzicie, że teraz nie ma dobrej muzyki ? ”

Wracając do mojego eksperymentu – upiekłam ciasto ciemne jak czarna Madonna albo oczy Italiano i kontrastowe w smaku jak Missisipi w ogniu. W miejscowym Domu Kultury znają mnie już z akcji z ciastem dla Korteza, więc mój pomysł spotkał się z entuzjazmem. O wykonanie zadbałam już sama, ale w końcu mam w tym doświadczenie, muzyka jest moją pasją i rozmowy o niej otwierają serce każdego artysty z tej branży. A zwłaszcza poparte domowymi słodyczami a propos tej muzyki 🙂

CIASTO CIEMNE JAK OCZY ITALIANO I KONTRASTOWE W SMAKU JAK MISSISIPI W OGNIU

Ciasto takie, jak tutaj ( bez gruszek w środku)

solony kajmak ( spod Torunia, moje rodzinne województwo)

domowy mus z truskawek i jabłek z kompotu do przełożenia

posiekane płatki migdałowe i orzeszki so posypania

Ciasto miało małe modyfikacje, mus jabłkowy dodany do niego miał nutkę mięty ( z kompotu), imbir zaś pominęłam, bo kojarzy się wiadomo z kim 🙂

Upiekłam je na prostokątnej blaszce, po wystudzeniu przełożyłam kwaskowym musem (odcedzone z kompotu truskawki i w/w jabłka, zmiksowane), na wierzchu posmarowałam solonym kajmakiem i posypałam migdałami i orzeszkami.

Smaki kontrastowe, nawiązujące do „Missisipi w ogniu” , kolor ciasta ciemny jak Czarna Madonna albo oczy Italiano.

Było tak dobre, że ktoś ze ‚swoich” z domu kultury nie mógł się mu oprzeć i podkradł kilka kawałków z kuchni, mimo, że na kartoniku była kartka „Ciasto dla Organka”… jakoś uporządkowałam je  i nie było obciachu.

Koncert był wspaniały , pełen energii , publiczność reagowała spontanicznie, kawałki już znane wszyscy śpiewali razem, Organek nie musiał nikogo do tego zachęcać , wszyscy czuli muzykę i ona rządziła. Choć trzeba też pamiętać o tym, jak mądre są słowa jego piosenek , moja ulubione ostatnio to z „Missisipi”…wyrzuć wszystkie maskary, te cienie do powiek, pokaż mi oczy…i te głuche telefony, pokaż mi ręce, pokaż mi dłonie…” . Myślę podobnie, za dużo otacza nas przedmiotów, nie potrafimy się wyciszyć , skupić na człowieku, którego mamy obok. Rozmawiamy przez internet, telefon i nie możemy wtedy spojrzeć w oczy, by widzieć właściwe, prawdziwe reakcje na to, co mówimy.

Jak w trakcie rozdawania autografów podeszłam do Organka z pudełkiem ciasta ( bardzo się z niego ucieszył, dostał już wcześniej od kogoś babeczki , kwiaty, był też tort urodzinowy dla klawiszowca ), to porozmawiałam z nim trochę  o muzyce, właśnie patrząc mu w oczy. Są bardzo mądre i szczere, jak ich właściciel.

Przyznał mi rację, że wracamy do muzyki takiej, jak była 30 lat temu, bo nawet filozof Zygmunt Bauman stworzył pojęcie – Retropia – czyli retro i utopia. W dzisiejszych czasach postęp jest tak szybki, że boimy się go, jak kiedyś dawniej wojny. Musimy się więc cofnąć o kilka kroków po to, by znów móc iść do przodu. Przyznałam rację artyście, te poglądy są mi bliskie, jak jego piosenki. Poza tym… Tomek Organek studiował anglistykę w moim ulubionym mieście Toruniu , jak mój kilka lat młodszy od niego siostrzeniec, też Tomek a pochodzi z Suwalszczyzny, jak mój przyjaciel bloger Antoni ( prywatnie też Tomek 🙂

Za ciasto dostałam specjalne podziękowanie w formie autografu ( to już drugie takie, czyżby początek kolekcji ? ) nawet pewien znany mi od dawna muzyk zażartował sobie na ten temat 🙂

Po koncercie i rozmowie poszłam do domu, nie czekając na degustację ciasta. O tym, czy smakowało dowiedziałam się w prosty sposób- pytając Organka na Facebookowym profilu 🙂 Oto, czego się dowiedziałam 🙂

Wracając do koncertu – Najmocniej zabrzmiał ostatni przebój – Czarna Madonna, na finał zaś ponownie Missisipi w ogniu. Po koncercie Organek prosił, by spędzić ten wieczór mądrze do końca, z przyjaciółmi , z dobrą książką lub filmem a nie jakąś telewizyjną „sieczką”.  A w trakcie koncertu , gdy dowiedział się, że 8 kwietnia będzie tu koncert HEY, prosił wszystkich o podniesienie rąk w geście uznania dla tego wspaniałego zespołu. Mnie kulinarne obowiązki poniosą wtedy do Bydgoszczy, ale na pewno ktoś mi bliski będzie na tym koncercie.

Jeszcze teraz mam głowę pełną muzyki Organka, wracam do niej cały czas, teraz też, pisząc te słowa. Cieszę się, że moje kulinarne pasje połączyły się z muzycznymi. Jak już napisałam, uwielbiam karmić ludzi, których kocham, lubię i cenię. A jaka to radość dla mnie, gdy to, co upichciłam wkładając w to swoje serce, smakuje im.

 

Walentynkowe słodycze na koncert Korteza

Jeszcze teraz, jak zamknę oczy , to słyszę „Zostań ” Korteza zaśpiewane tak, że serce nie może się uspokoić i drży wciąż ze wzruszenia. Było to cztery dni temu podczas koncertu walentynkowego, w gdyńskiej hali Arena. Nie tylko Zostań zabrzmiało wyjątkowo, już od pierwszego utworu, Pocztówki z kosmosu aż do ostatniego bisu, jakim jest zwykle Dla mamy Kortez z Zespołem  dali z siebie wszystko.  Oprawa wizualna była wręcz kosmiczna, ja skupiałam się na muzyce i przyznam, że często zamykałam oczy, by lepiej czuć emocje, których trudno doznać gdzieś indziej. Autorem pomysłu na tego typu występ jest menager Korteza, właściciel wytwórni Jazzboy, Paweł Jóźwicki, który odkrył tego niezwykłego chłopaka i pokazał go światu.

Ale zacznę od początku – z ekipą Korteza zaprzyjaźniłam się podczas koncertu w Radiu Koszalin, który zorganizował Adrian, mój kolega ze studenckiego radia. Zawsze, gdy koncertują w pobliżu zjawiam się z moim ciastem, Z imbirem lub bez, w różnych wersjach. Ostatnio dowiedziałam się, że Kortez uwielbia serniki, więc zrobiłam masę serową na bazie kajmaku i przełożyłam nią herbatniki – przepis jest tutaj – klik, klik.

Na zdjęciu u góry są wafle przełożone kajmakiem i kwaskowym musem owocowym, to ostatnie to za radą mojego znajomego Pana Kajmaka, który mi dostarczył surowca. Oczywiście z moich rodzinnych stron, w Kujawsko-Pomorskiego 🙂

 

Na Walentynki nie ma nic lepszego, więc ekipa Korteza, z którą spotkałam się jak zwykle przed koncertem, dostarczając im w kartonie „bombę kaloryczną ” ( ochrona mnie przepuściła 🙂 zajadała się słodyczami z wielkim smakiem. Kortez dostał też słoik kajmaku dla synka, żartował, że pewnie zje go już w samochodzie.

Lubię chłopaków, którzy chętnie zjadają słodycze. Uwaga dziewczyny ! W serialu „Przepis na życie” była scena, gdy główny bohater mówi córce swojej partnerki, że ma uważać na facetów, którzy nie lubią słodyczy i lepiej ich unikać.Coś w tym jest , myślę, że oni nie potrafią cieszyć się życiem i dzielić tego z innymi… czasem słysząc „słodkiego nie jem”  rzucam od niechcenia – a może spróbujesz tego, co ja robię, może Ci posmakuje ? 🙂 i zdarza się, że tak…

Zdecydowanie jednak wolę entuzjastów słodyczy i lubię dla nich je robić. Dla Korteza i Zespołu, dla mojego syna, który testował kajmakowe pyszności na pożegnaniu z ekipą z poprzedniej pracy, dla przyjaciół z dawnych lat…

Jednego z nich, „człowieka z gitarą” naszego studenckiego radia zabrałam na koncert Korteza, by poznać go z artystą i muzykami. Jacek  był naszym bardem, śpiewał kawałki kabaretowe , ale jak pojechał swoimi emocjonalnymi tekstami z frapującą muzyką to wszyscy wkoło milkli i słuchali go tak, jak teraz Korteza.  Dzięki przyjaciołom,  jego „Zdartej płyty” można posłuchać w sieci, a ja poprosiłam Korteza o specjalną dedykację, bo może jeszcze coś z tą muzyką i tekstami Jacka da się zrobić :

I tym razem zrobiłam sobie zdjęcie z dwoma ulubionymi muzykami na raz 🙂 Pełnia szczęścia, tak wyjątkowych walentynek to ja chyba nigdy nie miałam … Muzyka to moja miłość.

To nie koniec magicznego wieczoru. Inny kolega ze studenckiego radia FiD z Poznania , Adrian, sprawił mi przemiłą niespodziankę. Słuchałam jego audycji Rock na noc w Radiu Koszalin wracając z koncertu i wymieniałam na messengerze wrażenia po koncercie. Dla mnie zmienił koniec walentynkowej audycji i zabrzmiał Kortez, z pierwszego koncertu, który słyszałam 🙂 Bo radio to magia  a przyjaźnie tam zawarte trwają mimo upływu lat i przynoszą w życiu kolejne niezwykłe chwile 🙂

Słuchajcie radia, to tam usłyszałam pierwszy raz Korteza i dzięki temu przeżywam tak niezwykłe przygody 🙂

Placki ziemniaczane – proste i pyszne

placki ziemniaczane

Wrzesień to najlepszy miesiąc, by zrobić tę tradycyjną polską, bo nie tylko wielkopolską potrawę. Placki ziemniaczane w różnych wersjach są znane i lubiane w całej Polsce. W Wielkopolsce, zwanej żartobliwie Pyrlandią we wrześniu odbywają się lokalne Święta Pyry i to właśnie te placki, zwane też plędzami są na nich przebojem.

Kiedyś na takim lokalnym święcie widziałam, jak kilkuletnia dziewczynka ( 7-8 lat) zajadając się ziemniaczanymi plackami ( z cukrem, bo takie są najbardziej lubiane przez dzieci) pytała mamę – a dlaczego Ty takich nie robisz ? Kobieta na to , z niechęcią – a kto by jej jadł ? My- odkrzyknęła radośnie dziewczynka z towarzyszącym jej bratem .

Myślę, że tak jest często i nie tylko z ziemniaczanymi plackami… U mnie w domu i na kameralnych spotkaniach blogerskich robię czasem tradycyjne polskie dania, pomagają mi w tym młodzi znajomi mojej córki lub blogerzy z kolejnego pokolenia. Dania te i wspólne gotowanie są potem szeroko komentowane, wzbudzają ciekawość, chęć próbowania a nawet samodzielnego gotowania. Piszę o tym na blogu, wieści idą w świat.

pyra3

Kiedyś na prośbę znajomej nauczycielki zrobiłam w karnawale warsztaty smażenia pączków i racuchów dla gimnazjalistów. Młodzież była zaciekawiona, zainteresowana, zaangażowana we wspólną pracę i zachwycona nową umiejętnością oraz smakiem przygotowanych pod moim kierunkiem słodkości.

Jednym z pierwszych spotkań naszej blogerskiej Grupy było Święto Pyry , gdzie z młodymi blogerkami wymieniałyśmy się kulinarnymi doświadczeniami ze starszymi specjalistkami od „plyndzów” :

sosy

Najlepiej jest, jak młode pokolenie poznaje smak tradycyjnych potraw w domu. Takich mam, jak ta, o której pisałam powyżej jest niestety wiele. Z plackami jest nieco pracy, ale przecież nie aż tak wiele… Teraz, gdy prawie każdy ma w domu blender , robot czy sokowirówkę, odpada najbardziej pracochłonna część przepisu.

Na razie dość rozważań, bierzemy się za pyszne placki :

KLASYCZNE PLACKI ZIEMNIACZANE

ok. 2 kg ziemniaków

duża cebula

2 jajka

ok. 2 szklanek mąki

sól, opcjonalnie majeranek albo inne zioła

łyżeczka cukru ( by były chrupiące)

olej do smażenia

Obrane ziemniaki możemy potraktować blenderem, robotem z tarką o drobnych oczkach, albo przepuścić przez sokowirówkę – wtedy łączymy pulpę z sokiem , bo to nie kluski czy kartacze. Jeśli nie mamy tarki o drobnych oczkach, możemy przerobić pyrki na wiórki , placki też będą dobre. Cebulę rozdrabniamy razem z ziemniakami.

Pulpę lekko solimy i ewentualnie doprawiamy ziołami , wbijamy jajka, mieszamy, dodajemy mąkę i nieco cukru, jeśli chcemy placki chrupiące. Na smak to nie wpłynie, ale karmel wytworzony przy smażeniu wytworzy nam chrupiącą skórkę. Ten patent podpatrzyłam u znajomego blogera podczas kulinarnej imprezy.

placki ziemniaczane2

Smażymy placki na cienkiej warstwie oleju  , kładąc porcje łyżką na patelnię. Jak się zetną , odwracamy  i dosmażamy z drugiej strony. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu  na papierowych ręcznikach.

Podajemy z czym lubimy – albo klasycznie z cukrem, dobre są z sosem czosnkowym lub dipami na bazie jogurtu , z leczo warzywnym lub „konkretnym”, z gulaszem.

To właśnie pod wpisem z plackami ziemniaczanymi w komentarzu dostałam prośbę o adopcję od pewnej młodej czytelniczki bloga 🙂 Nieprawdą jest to, że młodzież nie interesuje się polską kuchnią, trzeba ją jej po prostu pokazać. A gdzie  szuka przepisów i inspiracji kulinarnych ? Na blogach kulinarnych, to oczywiste. Jeśli nie zobaczy czegoś w domu, to może to nadrobić w sieci.

Pokazuję sporo tu tradycyjnych potraw i zachęcam do ich próbowania, przykłady z życia pomagają mi w tym. Konsekwentnie będę robić swoje, bo małymi kroczkami można osiągnąć wiele .

Zapraszam więc blogerów i nie tylko do wspólnej, ogólnopolskiej a nawet światowej ( blogerki-emigrantki, obecne ? )  akcji ” Smażymy placki ziemniaczane” . Za chwilę ( jak dobrze pójdzie ) ogłoszę ją na Facebooku. O, już jest – klik, klik 🙂 Pokażmy różne wersje tej tradycyjnej polskiej potrawy, regionalne, zrobione z przepisów mam, babć i cioć, tajnych receptur Kół Gospodyń Wiejskich. Teraz, kiedy ziemniaki są najlepsze na tego typu produkty, zasiądźmy wspólnie przy stole przy tych plackach, porozmawiajmy o dobrym jedzeniu, ulubionych smakach, przywołajmy kulinarne wspomnienia. Pokażmy dzieciom, jak smakuje tradycja.

Smacznego !

placki ziemniaczane1

Jacek i placek czyli moje taśmy prawdy

placek ze śliwkami 1

Tegoroczne lato przyniosło mi wiele niespodzianek, nie tylko kulinarnych. Mimo nieciekawej pogody w moim życiu działo się wiele. Jubileusz 90 -lecia mojej byłej uczelni ( Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu ) i wydana z tej okazji książka zmobilizowały mnie do spotkań z przyjaciółmi ze studenckich lat. Oprócz zgranej grupy z Teorii Ekonomii mieliśmy też kultowe Studenckie Studio Radiowe FiD, gdzie podczas przygotowań i realizacji codziennych audycji dla kompleksu akademików na Winogradach przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil.

fid

Były to trudne lata w naszej historii, kryzysu, stanu wojennego, braku niemal wszystkiego a dla nas jednak najpiękniejsze w życiu. Przyjaźnie zawarte wtedy trwają do dziś, spotykamy się od czasu do czasu , mamy o czym rozmawiać i nie tylko… O jednym z tych spotkań pisałam na blogu już ładnych klika late temu – klik, klik.

Było wśród nas kilka osób grających na gitarze i nie tylko grających ale też komponujących i piszących teksty. Najpierw udało mi się namówić na śpiewanie przy gitarze dysponującą nadal pięknym sopranem Ulkę ( ballady , piosenki rajdowe, repertuar Kaczmarskiego i Gintrowskiego – klasyka lat 80-tych ). Po spotkaniu u nas spędziliśmy kilka dni u Uli nad jeziorem, o czym pisałam w tym wpisie. Tam okazało się, że Ulka ma taśmę z ponad 20-ma piosenkami naszego studyjnego barda, Jacka Malinowskiego. Część z nich , nagranych ze starej studyjnej taśmy i przegranych na płytę mam w domu, a także w muzyce telefonu i tabletu, ale niektórych wersji nie znałam albo słabo pamiętałam. A na jednej z nich, śpiewanej w większym gronie rozpoznałam …swój śmiech. To ten niższy, właścicielką wyższego jest sopranowa Ulka 🙂 Mijają lata – voila !

To piosenka z tych kabaretowych, Jacek ją odtworzył po latach w zmienionej wersji dla kolegi- współautora na okrągłe urodziny, można ją znaleźć na You Tube.

Prócz nich nasz bard śpiewał protest-songi , najsławniejszy z nich mówi o dramacie stanu wojennego, to przejmująca  Pieśń o Żołnierzu polskim .

Jacek studiował filozofię, więc prócz utworów żartobliwych, satyrycznych i owych protest-songów tworzył poruszające teksty z ciekawą muzyką ( czy nie przypomina Wam to kogoś, kogo często słucham , również na koncertach i dla kogo piekę ciasto ?  🙂

Jedna z moich najbardziej ulubionych to Biegnę wciąż :

Kiedy korzystając z kilkudniowego pobytu w Bydgoszczy ( stamtąd blisko do Gdańska) zawiozłam Jackowi pendrive z nagraniami, okazało się, że część z nich umieścił kiedyś  jego kolega w sieci. Posłuchaliśmy, porozmawialiśmy o tym, które z tych tekstów są aktualne, które historyczne, a które zyskały nowy wymiar 🙂 Jedna z tych żartobliwych, pt „Rolnik musi żonę mieć ” mogłaby być czołówką popularnego programu 🙂

Są też takie bardzo życiowe, losy się różnie plotą , pierwsza z listy ( Anioł Stróż) bardzo pasowała do naszej rozmowy o zmianach preferencji życiowych odbytej niedawno na plaży w Sopocie , gdy przy okazji See Bloggers zajadaliśmy mój placek i chipsy jabłkowe :

Jacek i

Tym razem zawiozłam Jackowi mój placek ze śliwkami ( zdjęcie na górze), zrobiłam mu ku uciesze rodziny małe kuchenne rewolucje z papierówkami w roli głównej ( nie lubię być porównywana do Magdy Gessler, nie jestem blondynką 😉 i nagle stał się cud : gitara, która leżała odłogiem długie lata ( z małymi wyjątkami) zabrzmiała znów, głos barda nic się nie zmienił a ja wróciłam w czasy studenckiej młodości i przez kilka godzin czułam się, jak za najlepszych lat swego życia 🙂

Kto chce posłuchać więcej nagrań Jacka , może je znaleźć tutaj : klik, klik.

Tamte czasy były zupełnie inne, często gdy słuchałam Korteza, to myślałam o tym, jakby potoczyły się losy Jacka gdyby w czasach naszej młodości  był Internet, prywatne wytwórnie płytowe… A propos – moja przygoda z ciastem dla Korteza zaczęła się też dzięki przyjacielowi ze studenckiego radia .  Nie wiem, jak jest teraz, ale więzi przyjacielskie z tamtych lat były wyjątkowo silne i od czasu do czasu musimy się spotykać i przeżyć coś z atmosfery czasów młodości.

Każdy ma takie taśmy prawdy, na jakie zasłużył. Ja w piosenkach Jacka odnalazłam różnorodną atmosferę lat studenckich i swój beztroski śmiech 🙂

Bardzo się cieszę, że udało mi się namówić Jacka, by znów zagrał i zaśpiewał … Wybacz Kortez, ale w oczekiwaniu na Twoją drugą płytę wieczorami na dobranoc teraz słucham Jacka …

jacek z gitarą

Ciasto bez imbiru dla Korteza

 

radio Koszalin

Na zdjęciu jest to, co zostało z mojego ciasta po koncercie Korteza w Radiu Koszalin ( a były dwie warstwy 🙂  Miałam jakieś przeczucie, żeby zabrać że sobą ciasto do torebki. Na pomysł jego upieczenia  wpadłam po wysłuchaniu dość przewrotnej piosenki Korteza ” Z imbirem „ . Pomyslałam, że skoro imbir jest w niej potraktowany negatywnie , to ciasto czekoladowe, które zwykle piekę z tą przyprawą tym razem zrobię bez niego. A może uda mi się tym ciastem poczestowac Korteza ? Po cichu liczyłam, że skoro organizatorem koncertu jest mój kolega ze studiów, to osiągnę swój cel 🙂

Udało się 🙂 Przyjechałam nieco wcześniej i mogłam przyjrzeć się próbie a podczas chwili przerwy między próbą a koncertem mogłam porozmawiać z młodym artystą, którego piosenka ” Zostań ” skradła mi serce tej wiosny a kolejne, które się składają na płytę ,wprawiają w nowe zachwyty nad wrażliwością Korteza i jego umiejętnością grania na najgłębszych strunach duszy.

Dzisiejszy koncert był tego przykładem.Ludzie, którzy na niego przyszli nie zrobili tego przypadkiem. Wszyscy chcieli przeżyć coś niezwykłego, co poruszy ich najskrytsze uczucia i nie zawiedli się 🙂 Mnie oczywiście łzy zakręciły się w oczach przy ” Zostań „…

Ale zanim koncert się odbył miałam możliwość porozmawiać z muzykami i menagerem oraz poczęstować ich moim ciastem bez imbiru. Bardzo spodobał im się pomysł ciasta zainspirowanego piosenką. A samo ciasto smakowało też bardzo i nawet usłyszałam, że może z imbirem byłoby lepsze 🙂 Padła nawet propozycja, że upiekę wersję z imbirem przy okazji koncertu w Poznaniu

Ale Kortez akurat imbiru nie lubi…Lecz nie on jest autorem tekstu… To historia prawdziwa, o dziewczynie owego autora… Zażartowałam, czy może to jakaś blogerka kulinarna 🙂

 

Podziękowanie za ciasto dostałam przy autografie, na bilecie kolejowym , bo biletów na koncert nie było 🙂

IMG_20150924_030745

 

Ciasto było podobne do tego tylko zamiast kawałków  jabłek i śliwek był mus jabłkowy.

Wracając do Korteza – byłam bardzo ciekawa kim jest artysta, który w tak młodym wieku śpiewa tak dojrzale. Gdy mu powiedziałam, że zdaniem moim i przyjaciół słuchających radiowej Trójki od dawna w Polsce nikt tak pięknie nie śpiewał o uczuciach to …zarumienił się, autentycznie 🙂 Gdy śpiewa jest bardzo skupiony, tak, że zamyka oczy…

Sala koncertowa na 120 osób była wypełniona mimo nietypowej pory ( północ). Przekrój wiekowy od późno nastoletniego do 50 plus , były i pary, i grupki znajomych i single obu płci. Ku mojemu zdziwieniu mężczyzn nawet nieco więcej niż kobiet ( tak z 55%). Ciekawiło mnie, którzy z nich identyfikują się z „Zostań” a którzy z „Od dawna już wiem”….

Adrian Adamowicz z Radia Koszalin pięknie podsumował koncert – to był dowód na to, że piosenka nie ma być płaską wydmuszka, że ma pomóc nam coś przeżyć. Ja nie żałuję zarwanej nocy, długiej podróży pociągiem. Jestem szczęśliwa 🙂

 

IMG_20150923_233459

 

 

 

 

Blogowe dzieci , Przystanek Woodstock i kiszone ogórki

 

piknik2

Miło mi było bardzo, kiedy w relacji z blogerskiego pikniku nad Wartą naszej młodej blogerki Karmel-itki zostałam nazwana ” blogową mamą”. Nie wiem, co mam w sobie, ale znajomi ( nawet ci tylko z sieci) i przyjaciele chętnie mi się zwierzają a ja staram się pomóc, jak umiem i czasem   mi się to udaje. A jak wiadomo – mama to i dzieci 🙂

Cieszę się bardzo, że w naszej Wielkopolskiej Grupie dzieci blogerek wciąż przybywa. Na pierwszym spotkaniu w ciąży była Gosia z Amku- Amku ( zdjęcie powyżej, autorstwa Renaty ). Zabrała sobie wtedy do domu moje kiszone ogórki ( do ich tematu jeszcze wrócę).

Jakiś czas potem przyjechała do mnie na jabłka i dwa dni później urodził się Tymuś ( nota bene w dniu urodzin mojego brata, dlatego dobrze pamiętam  tę datę).

Nad Wartą  dwuletni już Tymuś wcinał z wielkim apetytem wegańskie muffinki ( jest alergikiem) , które mu upiekłam, wołając ku mojej radości „ciocia mniam mniam ”

Na pikniku tak ciepło opisanym przez Adę była jeszcze Zosia, córeczka Rybki zwanej Martą ( z kolei Marta w zaawansowanej ciąży lepiła pierogi u Gruszki 🙂

 

piknik dzieci

Obok dzieci znajomych i przypadkowych spacerowiczów, które chętnie częstowały się blogerskimi przysmakami 🙂

Na rejsie z piknikiem i Święcie Pyry dołączył do nas Kuba co gotuje z blogującą o dzieciach Gosią i małym Grzesiem :

rejs16

Podczas niedawnej blogowej Wigilii Ania z Green Plums przyjechała z malutką Polą , którą się zaopiekowałam gdy Ania była zajęta . Bez problemów, bo Pola z  wizyty u Ani zapamiętałą mój zapach, więc ufnie się przytuliła i usnęła 🙂

 

blogerzy wigilia1

 

Pola ma już nieco starszego „partnera”, też Tymka, Ani z Everyday Flavours, spotykają się razem ze swoimi przyjaźniącymi się od dawna mamami. Tysia , którą poznałam na warsztatach fotograficznych ze sporym brzuszkiem ma raczkującego już Gabrysia. Czekamy też na małą Pin-upkę, która ma przyjść na świat za kilka miesięcy.

Jak widać, „blogowych” dzieci mam sporo, ale swoich mam trójkę i tu przejdę do najmłodszej córki, założycielki mojego bloga.

Prowadzi ona bujne życie towarzyskie i mam to szczęście, że znam większość jej przyjaciół. Dla nich najważniejszym wydarzeniem roku jest wyjazd na Przystanek Woodstock. To ich doroczne święto, odliczają do niego dni, wspominają.

Bywają też u nas  w domu, są wielbicielami mojej kuchni i bloga . Część ekipy jest ze Śląska, tam ludzie lubią gotować i cenią smaczne jedzenie, na mapie wejść na bloga jest bardzo gęsto w tym rejonie. Ich przyjaźń odzwierciedla   wioskowa flaga, dzieło mojej córki .

 

flaga

Napiszę więc o „Chopach „:  Kulek opowiada na Woodstocku o tym, jak kiedyś przez miesiąc gotował dania z mojego bloga codziennie i o improwizowanym grillu u nas podczas majówki, na kilkanaście osób ( Kasia, Pati dzięki za pomoc przy sałatkach). Owczar wspomina ciasto z mikrofalówki i szare kluski, Kulawy przyjechał na 18-tkę córy samodzielnie i ledwo dopiął spodnie na koniec weekendu 🙂  A wszyscy uwielbiają moje kiszone ogórki. Co roku  córka targa spory ich słoik w plecaku dla ekipy i są zjadane niemal ceremonialnie, oczywiście jako zagrycha  A i sok z nich   jest doceniony dzień później 🙂

W ubiegłym roku wysłałam pozdrowienia dla ekipy w środę poprzedzającą Przystanek Woodstock i Jurek  Owsiak przeczytał je. Podpisałam  się mama Grażyna  i spytałam ekipę,  jak smakowały kiszone ogórki – Jurek w ciemno odpowiedział – no pyszne były 🙂 nagrałam to sobie na pamiątkę 🙂

 

 

k,NDY0NDEwNTQsNzExNTYw,f,kiszogorki

I tu wrócę do tematu małych dzieci, no bo ogórki to przysmak mam w ciąży.

Niestety mam takich charakter, że czasem zamartwiam się na zapas. Jak widzę blogerkę piekącą ciasto o piątej  rano, to od razu pytam, czy wszystko w porządku.

Mam nadzieję, że z „blogowymi dziećmi’ będzie wszystko w porządku. Ale gdyby ( odpukać trzy razy w niemalowaną blogerską deskę do robienia zdjęć) komuś coś się stało, to bezpieczniej się czuję wiedząc, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy wyposaża szpitale w sprzęt ratujący ich życie i pomagający im wrócić do zdrowia.Niech gra do końca świata i dzień dłużej .

Link do aukcji jest  tutaj , można wystawić coś od siebie, można kupić.

Podaję też linka do akcji Gastronomia na WOŚP , wspieranej m. in przez kolegę z blogerskiej grupy.

Drukowanie

 

 

 

Jestem blogerką, nie fotografem !

paszteciki-wigilijne1

 

Kilka dni temu w rozmowie z Moniką, autorką blogów Stoliczku nakryj się i Kuchnia nasza polska dowiedziałam się, że moje zdjęcia na samodzielnie robionych serwetkach były przedmiotem blogerskich pogaduszek na spotkaniu w Pradze z Basią z Makagigi i 55 pierników. Obie dziewczyny znam niestety tylko z sieci, ale jesteśmy zaprzyjaźnione od czasu wirtualnych spotkań u Antoniego na blogu Kumy z Koszelewa.

Otóż wiem, czemu mnie uszy piekły , Basia z Moniką rozmawiały o blogowych zdjęciach , które u Moniki są nieco ascetyczne, bez „firanek ” , jak to zabawnie określiły. Powiedziały , że moje zdjęcia nie potrzebują żadnych znaków wodnych, bo są dość charakterystyczne, ze względu na tło – moje samodzielnie dziergane serwetki.

dzem-z-kiwi2

 

 

Ucieszyło mnie to bardzo, bo z połączenia dwóch pasji wynikło coś fajnego, po czym jestem rozpoznawalna. Poza tym takie własnoręcznie dziergane tła znacznie ocieplają zdjęcia. I to takie miękko układające się – ktoś mi kiedyś kazał wykrochmalić i wyprasować ! Nie lubię sztywnie wykrochmalonych rzeczy ani wyprasowanych na zupełnie gładko, to jest jakieś za sztywne dla mnie, wolę luz i swobodę. taka jestem i takie  są moje zdjęcia .

 

 

chleb czekoladowy1

Lubię też prostotę i naturę, dlatego latem czy słoneczną jesienią robię zdjęcia w trawie lub na kępce szczawiu

Sledzie curry1

 

 

Mam też starą drewnianą ławkę, coraz bardziej spłowiałą

 

pierogi-ze-szpinakiem2

 

A jak mi się uda przegonić kota z huśtawki o ciekawej strukturze, to narażając się na to, że buchnie coś z talerza, to i na niej fajne zdjęcie czasem zrobię :

 

roladki-z-porem

 

Ale ja nie robię z fotografowania ceremonii. szybko, by jedzenie nie wystygło, bez zbędnych przygotowań, jak się uda coś fajnego, to dobrze, jak nie – to nie płaczę. Robienie zdjęć jest najmniej lubianą przeze mnie czynnością związaną z blogowaniem. Kocham gotować, pisać, opowiadać historyjki. A zdjęcia lubię robić, ale nie jest to moją pasją. Niedawno nie przystałam na namowy męża, by kupić wypasiony aparat. Na razie pstrykam kompaktowym Kodakiem córki i szukam stłuczonego wyświetlacza do ulubionego Lumixa DMC-TZ1 z obiektywem Leica , który mi upadł na warsztatach Lubelli. Kolega syna obiecał mi wymienić. Może ktoś wie ?

Tym aparatem zrobiłam zdjęcia na konkurs Żywca i wygrałam. To było w 2011 roku, kiedy wielu popularnych dziś blogów jeszcze nie było w sieci. Zapisane w formacie RAW doskonale wypadło w gazecie.

ZYWIEC2

Akurat miałam okrągłe urodziny i bardzo mnie to podbudowało. Zdjęcie ukazało się w Gali na kilka dni  przed moimi urodzinami. Dostałam za to wypasiony serwis obiadowo-kawowy z białej porcelany ( kto u mnie bywa, to wie, ten z fikuśnymi krzywymi filiżankami)

zywiec1

 

Po  spotkaniu Och My Blog z Maćkiem Budzichem w czerwcu tego roku postanowiłam zrobić coś, by mój blog się wyróżniał. Dodałam cykl Kulinarne Koty, cieszący się dużym wzięciem. Robię coraz więcej relacji z poznańskich wydarzeń kulinarnych oraz organizowanych w większości przeze mnie spotkań Wielkopolskiej Grupy Blogerów Kulinarnych, na których panuje rodzinna atmosfera.

A intratnych kontraktów reklamowych, jak koleżanki z wypasionymi aparatami nie dostaję. Mam za to grupę dobrych znajomych i przyjaciół, na których mogę liczyć.

Nie szukajcie na moim blogu artystycznych zdjęć. Wpadajcie po smaczne dania, ciekawe opowiastki, relacje z kulinarnych wydarzeń, ciepłą atmosferę :)

I to by było na tyle . Ostatnie zdjęcie jest Macieja, męża Rybki zwanej Martą – byli na pikniku z maleńką Zosią . Na zdjęciu są koledzy ze studiów Karmel-itki, którzy przyjechali  z daleka zachęceni opowiadaniami Ady o naszych niezwykłych spotkaniach …

ekipa Ady

 

Wieczór na Warcie w Poznaniu jak na Sekwanie w Paryżu :)

warta nocą 1

W ubiegłą sobotę dane mi było przeżyć niesamowite wydarzenie w Poznaniu. Zostałam zaproszona na wodniackie pożegnanie lata Marinarzy na przystani w Starym Porcie w Poznaniu na Warcie. Poszłam tam też z blogerskiego obowiązku bo wodniacy mają zamiar nam udostępnić tam miejsce na blogerskie pikniki. Na razie pogoda krzyżowała nam plany ( upał lub ulewa) , ale może jeszcze uda się w jakiś cieplejszy weekend spotkać przy ognisku 🙂

warta10

Tak wygląda końcówka cypla, na której można sobie zrobić romantyczne zdjęcie, niczym Mickiewicz na skałach Krymu. Ja nie omieszkałam :

cypel2

Wodniacy są bardzo gościnni, jak tylko wspomniałam, że mam ochotę na kawę, na pierwszym z brzegu statku zawrzała woda, mimo przygotowań do próbnego rejsu przed wieczorna paradą .

warta9

Oczekując na wodną wycieczkę obserwowałam refleksy popołudniowego słońca w Starym Porcie :

warta8

Udało mi się zamustrować na pierwszej łódce ( Szajba, kapitan Jacek ) a moja córka ( założycielka bloga) miała odpowiedzialną funkcję Syreny i odpowiadała machaniem rąk na pozdrowienia Poznaniaków z brzegów i z mostów 🙂

syrena

Płynęliśmy pod poznańskimi mostami , ścigając się trochę i czasem kręcąc bączki, ale w zasadzie w równym szeregu.

warta2

Ja jak często miałam w torebce świeżo upieczony placek drożdżowy, który z apetytem zajadała najmłodsza pasażerka Laura, jej mama i oczywiście kapitan Jacek, mianowany komandorem rejsu.

placek

W promieniach zachodzącego słońca pływające łodzie, a zwłaszcza canoe prezesa Mariniarzy z psem na dziobie wyglądały zjawiskowo .

Robiło się chłodno, więc wracaliśmy rozgrzać się przy ognisku i ciepłych posiłkach.

warta1

Na blogowe piknikowe spotkania miejscówka w Starym Porcie jest doskonała. Miejsce na ognisko z ławeczkami wokół, dość miejsca by ustawić grilla i stół na dania i naczynia. Grochówka kapitana Jacka cieszyła się wielkim wzięciem :

przy grochówce

Były też wypasione pyry z gzikiem owinięte boczkiem, chleb ze smalcem i kiszone ogórki ( dołożyłam słoik swoich), kiełbaski pieczone przy ognisku. Uchwycił je fotograf imprezy, Tomek Marciniak.

ognisko marina1

Przy szantach z głośnika i ognisku czas zleciał szybko i trzeba się było szykować do nocnej parady.  I tu spotkała nas wspaniała niespodzianka – na Szajbie płynącej na czele zabrzmiała z głośnika muzyka- francuskie melodie z przebojem Edith Piaf  „Sous le ciel de Paris” na czele.

Płynęliśmy z tą muzyka oświetlonymi łódkami po Poznaniu witani brawami, pozdrowieniami i tańcami na brzegach Warty  i moście ( nie musi być to Most w Awinion, wystarczy Hetmański w Poznaniu).

To było cudowne i niezapomniane przeżycie.Jak na zamówienie na niebie pojawiły się gwiazdy…  Marzyłam o takim nocnym rejsie na Sekwanie w Paryżu a doczekałam się na Warcie w Poznaniu. Przyznam Wam, że w pewnym momencie łzy wzruszenia zakręciły mi się w oczach…

Film , który nagrałam przy muzyce na wieczornym rejsie jest tutaj : klik, klik .

Po powrocie z nocnej parady można się jeszcze było ogrzać przy ognisku. Nie mogłam długo siedzieć, bo w niedzielę  miałam gości, z żalem więc wróciłam do domu. Wspomnienia tego wieczoru zostaną ze mną na całe życie…

wyjście1

 

Odpowiedź Kominkowi- kilkanaście godzin w rodzinie

jabserni

 

Takich tekstów nie pisze się na blogu kulinarnym, ale innego nie mam. Poza tym kulinaria będą występować, a jakże. Piszę to, bo coś mnie wczoraj mocno ruszyło.

Przeczytałam tekst Kominka” 17 godzin samotności”. Nie można mu odmówić logiki. Przeczytałam też komentarze pod nim, sporo ten tekst popierających. I lekko się przeraziłam. Ja jednak jestem z zupełnie innej bajki ! Oto moja niedziela :

8.30.  Budzi mnie zapach świeżo zrobionej kawy. To mój P. wchodzi do sypialni z naszymi niedzielnymi filiżankami, ze specjalną tacką na ciasto ( zdjęcie powyżej)i powtarza ten sam, jak co tydzień dowcip : Kawa i ciasto, sam upiekłem… Oczywiście ciasto upiekłam ja dzień wcześniej, żeby można było tradycyjnie rozpocząć niedzielny poranek. Pijemy kawę i jemy ciasto w łóżku, stawiając tacki na swoich nocnych stoliczkach. Mamy niepisany zwyczaj, że ten, kto pierwszy wstaje, robi kawę dla dwojga. Pół godziny później wchodzi do pokoju Młoda, gimnazjalistka i pyta- kiedy śniadanie ? Wskakuje na chwilę miedzy nas do łóżka. Jakby nas było mało, przychodzi też kot na porcję porannych pieszczot.

10.00. P. po wizycie w łazience gotuje niedzielne jajka na miękko, ja dołączam  nieco później , robię do nich sałatkę i herbatę. Młoda ma nakryć do stołu, ale zasiedziała się przy komputerze i przychodzi na ostatnią chwilę, zabierając z kuchni tylko herbatę. Syn ( student) nie je z nami śniadania, bo w niedzielę wstaje  dopiero na obiad. Po śniadaniu każdy zmywa po sobie, odruchowo.

10.30. Młoda ogląda telewizję, ja czytam. P. siedzi przy kompie.

11.30. Oni się zmieniają, ja w międzyczasie zaglądam na chwilę do kompa, potem zabieram się za niedzielny rosołek. Pytam P. czy rozpali grilla do obiadu. Na dworze jest parno i gorąco, więc postanawiamy jeść w domu, mięso zrobię na patelni grillowej. Za to P. obierze ziemniaki ( ja tego nie cierpię). Młoda ma mi pomóc zrobić surówkę, wykręca się, ale w końcu przychodzi do kuchni.

12.30.Przypomina mi się o praniu wstawionym wczoraj wieczorem. Pytam, kto wywiesi do suszenia. Nie jest łatwo ich odciągnąć od własnych zajęć, ale w garnkach bulgoce wszystko jak trzeba, więc robię to sama.

13.00. Syn wychodzi ze swojego pokoju z naręczem prania. Wrzuca do pralki, Młoda ją uruchamia. Możemy jeść obiad – taśmowo podaję z kuchni nakrycia, dzieci noszą do stołu. Ja rosołek piję z kubka , więc kiedy oni go jedzą, robię jeszcze w pośpiechu zdjęcia mięsa i surówki na bloga. Po obiedzie wstawiamy naczynia do zmywarki. Dzieci wychodzą do swoich pokojów, Młoda robi lekcje, ja siadam do kompa napisać post na bloga i przejrzeć pocztę. Słucham swojej muzyki.

 

kapzjabskrzyd

 

14.30. P. z Młodą  chcą mnie wyciągnąć na spacer. Nie bardzo mi się chce, nie lubię parnej pogody, mimo namów zostaję w domu z książką na łóżku. Idą sami. Drzemię. Syn ogląda telewizję.

16.00 . Pijemy poobiednią kawę , jemy ciasto i lody na podwieczorek. W szufladzie na słodycze jest reszta czekolady, dzielmy ją  niesprawiedliwie. Rozmawiamy o planach wakacyjnych. W tym roku nie ma wspólnego wyjazdu, każdy ma własne plany, Ustalamy terminy i formę kontaktu. Syn z kolejnym kawałkiem ciasta znika w swoim pokoju. Przypominam mu, żeby zebrał naczynia od siebie i dopełnił zmywarkę. Słyszę zaaaraz…

 

lodyp

18.00 Dzieci wychodzą, spotkać się każdy ze swoimi znajomymi. P. przegląda kalendarz i ustawia sobie tydzień pracy, ja rozmawiam przez komputer z najstarszą córką, która mieszka i pracuje hen, w Polsce ( dobrze, że nie w świecie !). Przy okazji obserwuję na Facebooku pewną znajomą z sieci, nieco tylko ode mnie młodszą, która co chwilę wrzuca posty i intensywnie komentuje znajomych. To nie pierwszy raz – myślę, że za wszelka cenę szuka kontaktu. Sprawdzam , czy jest status związku. Jest- wolna.

19.30. Dzieci jeszcze nie wracają, więc nie robimy wspólnej kolacji, każdy zjada to, na co ma ochotę, w swoim czasie. Rozmawiamy o planach na tydzień, bo zapowiada się dość intensywny w wydarzenia. Uprzedzam P. o roszczeniach finansowych Młodej  związanych z jej planami. Trochę się krzywi, ale akceptuje z małą korektą.

20.30. Dzieci wracają, jedzą, Młoda idzie do siebie, my z synem oglądamy mecz. Włączamy wreszcie zmywarkę. Przypomina mi się o praniu syna. A, wywieszę jutro rano.

23.00 Po meczu syn idzie do siebie a my po kolei do łazienki. Trochę czytamy w łóżku.

23.30. Jak dobrze, że w tym wielkim łóżku nie jestem sama…

Na co dzień u nas w domu bardziej iskrzy, w niedziele staramy się o maksimum tolerancji.

Każdy ma prawo do swoich poglądów i stylu życia. Nie potępiam Kominka, myślę, że może  znajdzie kogoś, kto mu pomoże zmienić zdanie na temat zalet samotności. Jest jednak bardzo popularnym  wśród współczesnego pokolenia blogerem i dlatego, jak to przeczytałam, to się przeraziłam. Jestem z innej bajki. I jest mi smutno.

P.S. Kominka poznałam osobiście na Blog Forum w Gdańsku, bardzo miło nam się  rozmawiało, nawet zamówił u mnie na blogu przepis na golonkę w piwie.

Co lubię

Wczoraj przeżyłam prawie cały dzien w nieświadomości, że mam święto. Pod wieczór, gdy zrobiłam wpis na bloga, dowiedziałam się o Dniu Blogera. Do łańcuszka wciągnęła mnie Pinkcake
Zasady są następujące :
Podaj osobę , któr Ciebie wybrała – patrz wyżej
Podaj 10 rzeczy, które lubisz
Podaj 10 ulubionych blogów i zawiadom komentarzem ich autorów o zabawie.
Przystąpmy do punktu drugiego :
1. Lubię latem pływać w jeziorkach, zwłaszcza z widokiem na las.
2. Lubię słuchać starych ballad rockowych.
3. Lubię czytać książki stare i nowe, leżąc opatulona kocem.
4. Lubię, jak mam wszystkie dzieci w domu.
5.Lubię rodzinne biesiady połączone z miłymi rozmowami i żartami.
6. Lubię piec z córkami rogaliki i pierniczki.
7. Lubie korespondować z blogowymi przyjaciółmi, nawet jak  ich nie widziałam.
8. Lubię spotkania ze starymi przyjaciółmi i gotować dla nich.
9. Lubię przytulać moje koty ( osobno).
10. Lubię zimą otwierać i wąchać kompoty zrobione latem.

Teraz częśc najtrudniejsza : 10 ulubionych blogów. Jest ich o wiele więcej, więc pierwsze 10 z brzegu , podaję autorów :

Aga-aa
Szarlotek
Antoni
Oczko
Monika
Basia
Polka
Majana
Olcik
Viridianka
Nie będę wyszczególniać za co, wszystkich lubię za miłą atmosferę i kulinarne inspiracje.